Loading

Inny świat, w którym zatrzymał się czas – podróż przez Kubańską rzeczywistość

Zainspiruj się i przeczytaj o podróży swoich marzeń na blogu

Inny świat, w którym zatrzymał się czas – podróż przez Kubańską rzeczywistość

Czytelników poniższego tekstu  uprasza się o wzięcie pod uwagę, że niniejsze spostrzeżenia są jak najbardziej subiektywnymi i osobistymi doświadczeniami autorki i nie należy przez ich pryzmat postrzegać ani Kuby, ani Kubańczyków. Należy za to Kubę czym prędzej odwiedzić  i odkryć na swój sposób. Zanim zmieni się całkowicie, nieodwracalnie  i na dobre.

Kuba w moich oczach przed i po

Gdyby ktoś, przed moją podróżą na Kubę, zapytał mnie jak i z czym  mi się ona kojarzy, pewnie odpowiedziałabym, że ze starymi samochodami, Che Guevarą, kubańskimi cygarami trzymanymi w zębach przez kolorowo ubrane niemłode Kubanki, mojito,  gorącymi rytmami salsy i muzyką Buena Vista Social Club. Spodziewałam się też wyśmienitej karaibskiej kuchni, coś tam wiedziałam o santerii – synkretycznej religii wyznawanej na Kubie. Jak każde jednak wyobrażenia, i te uległy weryfikacji po osobistym zetknięciu z wyspą. Jedne się potwierdziły, inne nie, jeszcze inne uległy po prostu pewnej modyfikacji.

Szwarc mydło i powidło, czyli wszystko i nic

Śladów rewolucji znajdziecie tu pełno na każdym kroku, jej duch unosi się w powietrzu, czyniąc codzienne życie Kubańczyków niełatwym. Kuba to, jednym słowem i w uproszczeniu, powiedzmy, taka Polska z czasów PRL-u. Jej obraz przywołują w pamięci  puste półki sklepowe i witryny, na których stoi co tylko może, by uatrakcyjnić ich wygląd i przyciągnąć klienta. Zabiegi te, paradoksalnie dają niezamierzony z pewnością efekt. Przeciętny Kubańczyk liczy się bowiem z każdym groszem, a „zamożny”, w oczach mieszkańców wyspy, turysta raczej się na te sklepowe towary nie skusi. No, chyba, że w ramach naprawdę ekscentrycznych upodobań w kwestii pamiątek z podróży. Pensje na Kubie są naprawdę niewysokie i ledwo starcza na podstawowe potrzeby.

Kubańczycy zarabiają w lokalnej walucie (CUP – pesos nacional), która jest o wiele mniej warta w stosunku do waluty turystycznej (CUC – pesos convertible), którą przyjezdni płacą praktycznie wszędzie poza małymi ulicznymi barami, w których stołują się lokalsi.  Odnosi się wrażenie, że na Kubie dominują głównie trzy typy sklepów:  galerie obrazów lokalnych artystów, sklepy z pamiątkami (często oryginalnym i pomysłowym rękodziełem typu „coś z niczego”) i z tekstyliami, bo, co ciekawe, ze świecą szukać na Kubie tego, do czego tak jesteśmy przyzwyczajeni – sklepów odzieżowych. Kubańczycy, zmuszeni są więc do szycia sobie ubrań z dostępnych w sklepach materiałów, albo, jak to powszechne jest np. w Trinidadzie, prosić o ubrania turystów. Nie raz zdarzyły mi się tam prośby o to, co mam na sobie, lub przyniesienie jakiś ubrań z mojej walizki na umówione miejsce i czas.  Kubańska kobieta jest nawet gotowa poczekać na Ciebie, a Ty wróć i przynieś jakieś zbędne Ci przecież na pewno fatałaszki. Być może Kubańczycy przyzwyczaili się, że turyści z „bogatych„ krajów zawsze coś im oddadzą. Na próżno tłumaczyć, że przede mną długa podróż i muszę mieć ubranie na zmianę, albo, że nie jestem tak bogata, jak to jest w ich wyobrażeniach, a przyjazd na Kubę to lata wyrzeczeń finansowych. To inny świat, inne kategorie i to zupełnie  zrozumiałe, że takie argumenty są nie na miejscu.  Najzwyczajniej trzeba to przyjąć, a przed podróżą na Kubę, jeśli mamy miejsce w bagażu, po prostu weźmy jakieś zbędne letnie ciuszki czy biżuterię i ozdoby do włosów, na których punkcie oszaleją z radości dzieciaki lub lakiery do paznokci dla nastolatek i dorosłych pań.

Kubanki i Kubańczycy bardzo dbają o wygląd, więc nie brakuje tu skromnych zakładów fryzjerskich i kosmetycznych, gdzie prostym zabiegom poddają się, a jakże (!), także panowie. Przechadzając się po ulicach miast i miasteczek, często też mijać będziemy równie niepozorne salony manicure. W ich otwartych, okratowanych oknach zobaczymy panie w niemal każdym wieku, poddające swe paznokcie zabiegom pielęgnacyjnym i upiększającym. Lubią się też stroić, dlatego cieszą się z ładnych ubrań. Gotowe części garderoby,  jakie najczęściej widywałam w sprzedaży, to białe dziergane koronkowe sukienki, oferowane na bazarkach i w sklepikach, gdzie turystom oferuje się rozmaite pamiątki, głównie hand made. Te, jak czapeczki z daszkiem i samochodziki do zabawy z puszek po napojach, czy torebki z zawleczek od tychże, potrafią naprawdę zaskoczyć. W dużych miastach, jak np. Hawana, można znaleźć większe sklepy, które wyglądają raczej jak zadaszone bazary, a także targi na otwartym powietrzu. Tutaj mają Kubańczycy nieliczny wybór ubrań i obuwia. Pytanie czy wszystkich na nie stać. Wśród fatałaszków wrzuconych do koszy, a szczególnie rozwieszonych na wieszakach, rzucać się w oczy mogą szczególnie strojne suknie, które młode Kubanki zakładają na wielką uroczystość ukończenia 15 – tego roku życia. Wtedy to, dziewczę traktowane jest jak prawdziwa księżniczka, a rodzina robi co może, by ten dzień wejścia w dorosłość uczynić jak najbardziej wyjątkowym i zapamiętanym zamawiając, jeśli ją na to stać, nawet specjalną sesję zdjęciową dla „quinceañery”.

Każdy orze jak może

Półki w sklepach spożywczych i aptekach w większości świecą pustkami, a część produktów żywnościowych wciąż dostępna jest w przydziale na kartki. W żadnym jednak, na ścianach nie brakuje rewolucyjnych haseł i portretów Fidela, Che czy Camilo Cienfuegosa, których kult jest tu wciąż żywy. Choć, z drugiej strony,  z rozmów z młodymi Kubańczykami wynika, że sentyment do rewolucji wygasa wraz ze wzrostem cichej frustracji młodego pokolenia. Nic dziwnego, skoro, zarabiających w lokalnej narodowej walucie, Kubańczyków, ledwo stać na utrzymanie siebie i dzieci i nierzadko sytuacja zmusza ich do wyłudzania w tym celu pieniędzy od zdezorientowanych turystów. A chwytają się różnych sposobów, licząc np. na zakup dwóch paczek mleka w proszku w zamian za pokazanie „zabytkowego” i „wyjątkowego” podwórka w kolonialnej kamienicy, jakich wiele przecież w Hawanie.  Nie dość, że o tym, że kupujemy dwie, a nie jedną  paczkę mleka, jak się umawialiśmy, dowiadujemy się stojąc już przy ladzie sklepowej, to jeszcze pozostajemy z poczuciem lekkiego niedosytu i zaskoczenia pomieszanego z małą dozą tzw. skołowania i dezorientacji. Dociera bowiem powoli do naszej świadomości, że rzeczone podwórko nie było bowiem pod żadnym względem jedyne w swoim rodzaju. W kolonialnym budynku, a i owszem, ale w Hawanie to akurat nic niezwykłego i niespotykanego, ale przy tym równie zaniedbane, zapuszczone, nadgryzione zębem czasu i zniszczone w wyniku ogólnej sytuacji ekonomicznej kraju, jak wiele innych tutaj.  Choć, oczywiście, zdarzają się wyjątki. Tam, bowiem, gdzie działają lokalne pensjonaty, czyli tzw. casas particulares, mogą być one w dużo lepszym stanie.

Inni przedsiębiorczy Kubańczycy, ucharakteryzowani na Comandante Che, z szerokim uśmiechem wyciągną rękę po zapłatę, kiedy pomachamy przyjaźnie z dachu turystycznego autobusu i zrobimy bohaterowi zdjęcie, nawet jeśli naszym zamysłem będzie jedynie pochwalenie się fotografią przed znajomymi po powrocie z wakacji.  Jeszcze inni, wprost poproszą o pomoc np. długopis dla dzieci do szkoły (warto jadąc na Kubę wziąć trochę, tak dla nas powszechnych i powszednich, pisadeł) czy dwa CUC-i na jedzenie.  Biorąc pod uwagę kubańskie zarobki, dla nas to żaden zbytek, dla Kubańczyka, różnica. CUC – tzw. waluta turystyczna, tak jak już wspomniałam wyżej,  jest warta znacznie więcej niż narodowa, w której wypłacane są pensje. Dlatego w większości miejsc, czyli  za noclegi w casas particulares (dopuszczona przez kubańskie władze forma zarobkowania, obciążona niemałym podatkiem), w knajpkach czy sklepach i na targach z pamiątkami, zapłacimy w CUC-ach. Restauratorzy niechętnie przystają na płacenie w CUP-ach, a jeśli już się zgodzą, bywa, że lubią sobie zaokrąglić sumę po przeliczeniu.

„Gud prajs maj frend” w wydaniu kubańskim

Kubańczycy zdają sobie sprawę z tego, jaką atrakcją są, dla przybyszów z dalekiego świata, kubańskie cygara.  Warto jednak zachować ostrożność jeśli chcemy nabyć oryginalne wyroby. Z jednej strony, łatwiej jest kupić dobre jakościowo niemarkowe  cygaro od stałego bywalca knajpki na rogu, który sam jest ich zapamiętałym amatorem,  niż dać się skusić na nietanie pudełko Cohiby czy Monte Cristo oferowane przez kogoś, kogo rodzina pracuje w fabryce cygar w Hawanie. Zwłaszcza, jeśli do domu takiego człowieka, przyprowadził nas inny Kubańczyk i wszyscy są dla nas nadzwyczaj mili zagadując przyjacielsko w sielskiej domowej atmosferze o nasz pobyt na Kubie, by w końcu przejść do konkretów, czyli oferty handlowej.  Nigdy nie mamy pewności, czy takie atrakcyjne pudełko nie jest tak naprawdę zestawem wypełnionego niskiej jakości tytoniem towaru, którego tylko etykietka z nazwą jest oryginalna i rzeczywiście pochodzi prosto z fabryki. Nie ma tu ani reguły, ani i pewności. Najlepiej mieć takiego zaufanego „sprzedawcęz polecenia.  Pozyskane dzięki zatrudnieniu w fabryce rodziny czy przyjaciół, pudełko cygar, zapieczętuje nam dodatkowo naklejką z banderolą.  Pozostałym, którzy nie narzekają na brak gotówki pozostaje zakup oryginalnego opakowania na lotnisku w Hawanie. Wtedy mamy 100% gwarancji oryginalnego pochodzenia i jakości towaru.  Przy okazji tematu cygar, na pewno wielu z Was Kuba, podobnie jak i mnie, kojarzy się z obrazkiem barwnie wystrojonej starszej Kubanki z turbanem na głowie i cygarem w zębach. Otóż, musicie mieć świadomość, że to też sposób na dodatkowy dochód. Zdjęcie z  taką nadobną  Panią, a nawet sportretowanie tejże damy, także wiąże się z opłatą. No cóż, trzeba sobie jakoś radzić żyjąc na Kubie. Miło jest jednak wesprzeć Kubańczyka, którego wdzięczność w oczach i wzruszenie zapamiętuje się na całe życie. Tak jak prostego farmera, od którego gdzieś  na trasie, przy polu trzciny cukrowej, kupiliśmy całą deskę pysznego białego sera, jaką tego dnia miał do sprzedania. Zapłaciliśmy w CUCA-ch, bo akurat nie mieliśmy wystarczająco waluty narodowej. Odniosłam wtedy  wrażenie, że ten poczciwy człowiek nigdy nie miał w ręku takiej sumy w walucie turystycznej, tak bardzo był zdezorientowany. Trzeba też jednak uważać co się kupuje od przyulicznych sprzedawców, by przypadkiem nie nabyć czegoś, co należałoby chronić.  W okolicach Baracoa Kubańczycy oferują bowiem pamiątki w postaci kolorowych muszelek ślimaków, które są  gatunkiem endemicznym.

„Coco loco” na plaży i „stare gacie” na talerzu

Czego na Kubie nie  brakuje to na pewno starego, dobrego,  poczciwego rumu. Tego,  w najlepszym wydaniu. I nie mówię tu tylko o znanej i dostępnej już i w Polsce popularnej kubańskiej marce ze stolicą w nazwie. Warto na gorącej wyspie spróbować też lokalnych marek, których nie uraczysz nigdzie poza Kubą.  Tutejsze mojito smakuje jak żadne inne na świecie, to trzeba przyznać.  Najlepiej wspominam to, przyrządzone w barze przy hotelowym lobby hotelu Nacional de Cuba w Hawanie, ale może smakowało mi tak wybornie, bo było pierwszym wypitym przeze mnie w czasie wakacji na Kubie…Bardzo prawdopodobne. Pierwszego razu ponoć nigdy się nie zapomina. Tego smaku i orzeźwienia w upalny dzień nie zapomnę na pewno.  Ale drinki na bazie kubańskiego rumu to nie tylko słynne mojito czy  popularne Cuba libre. Warto też skosztować  ulubionego drinka Ernesta Hemingwaya, czyli Daiquiri czy słodyczy miodu zatopionej w koktajlu zwanym La Canchanchara. Nie wspominając już o rozkoszy pina colady sączonej leniwie na plaży. Skoro już jesteśmy na plaży, koniecznie w tych okolicznościach przyrody jest „Coco loco”. Pod tą  zabawną nazwą kryje się rum nalewany wprost do mleczka kokosowego w zręcznie otwartym (bywa, że  maczetą) orzechu kokosowym. Atrakcja sama w sobie i rozkosz dla podniebienia. Byleby nie przesadzić z rumem, a tu, trzeba Wam wiedzieć, Kubańczycy nigdy nie żałują i nalewają, a jakże, od serca. Bo rumu akurat na Kubie nie brakuje. Tak jak i kokosa. Ale i wszelakich egzotycznych, dla nas nierzadko nieznanych, owoców. Można je kupić wprost od sprzedawców przy ulicy  czy na lokalnych bazarkach, gdzie także, jak i w prowizorycznych sklepach w bramach,  Wasze oczy uderzy obraz wielkich kawałów mięsa wiszących na hakach lub leżących na prowizorycznych ladach. Taki obrazek w niemal 40-stopniowym upale, może nie wygląda zachęcająco, ale jest powszechny. W wiejskich zagrodach Kubańczycy hodują ciemno umaszczone świnie. Być może, jeśli traficie do gospodarstwa dobrze sytuowanego farmera, taka świnka prosto z chlewiku trafi na ruszt, a następnie na Wasz talerz. Natomiast stołując się w jakiejkolwiek restauracji, w menu znajdziecie proste, popularne na Karaibach, danie,  o uroczej nazwie „La ropa vieja”. W wolnym tłumaczeniu znaczy to, ni mniej więcej, tyle co „stare gacie”  lub, jak kto woli, „stare szmaty”. I wygląda niemal tak jak się nazywa, jak mocno zurzyta, stara szmata do wycierania podłogi. Nie brzmi to może apetycznie, ale zapewniam, smakuje całkiem dobrze, a podawane jest w towarzystwie powszechnego na Kubie ryżu i czarnej fasoli. To dwa typowe składniki narodowego dania i kuchni kubańskiej, a ta jest dość prosta, żeby nie powiedzieć uboga i monotonna. Nie należy się tu spodziewać rarytasów jeśli chcemy poznać prawdziwe życie na Kubie, od kuchni, mówiąc dosłownie. No chyba, że stołujemy się w hotelach, w kurortach, które dużo mniej mają wspólnego z autentyczną Kubą.

W domach Kubańczyków będziemy jedli jak oni, w niektórych casach,  codzienne śniadaniowe menu będzie nieco urozmaicone np. o prostą wędlinę, kakao czy konfiturę. Podstawą jednak są jajka. Towar, którego w sklepach nie brak, będzie pojawiać się na Waszych stołach codziennie, w różnej postaci, ale najczęściej omleta. A to posypanego zielona cebulka, a to serem, a to kawałkami parówki. W pewnym momencie można zatęsknić nawet za prostym pasztetem z puszki. Tu nawiązuję do radości, jaką potrafił wzbudzić w Trinidadzie widok poukładanych równiutko na sklepowej półce puszek pasztetu…uwaga…o swojsko brzmiącej nazwie „Polka”! I rzeczywiście, ni mniej ni więcej,  był to nasz produkt eksportowy. Ale jakże potrafi smakować zwykły pasztet po jajecznej diecie! Niemniej jednak, prawdziwym rarytasem śniadaniowym, którego nigdy nie mieliśmy dość podczas naszej podróży po Kubie, były owoce i świeżo z nich wyciskane  soki. Po owocach na Kubie, już żadne kupione w Polsce nie przypomną tamtego smaku gujawy, mango czy papai (uwaga, na Kubie używany nazwy „La fruta bomba”, gdyż słowo papaja odnosi się do narządów płciowych damskich!). Nie brakuje tu także pieczywa. Świeże i pachnące bułeczki wypiekane są codziennie w piekarniach i śmiem twierdzić, że więcej w nich chleba w chlebie niż w tym, co obecnie wypieka się tzw. cywilizowanym świecie Zachodu.  Pod ladami sklepowymi podpatrzyłam też baniaki z oliwą, za to bywa, że trzeba zejść całe miasteczko by znaleźć wodę butelkowaną gazowaną. Taki deficyt zaskoczył nas i innych napotkanych przyjezdnych, pewnego dnia w Trinidadzie. A na Kubie lepiej pić wodę gazowaną, mniej narażoną na rozwinięcie się w butelce podejrzanej flory bakteryjnej, a i bąbelki korzystnie ponoć i ochronnie wpływają w tamtych warunkach na nasze jelita przyzwyczajone do innych bakterii.  Pamiętam, że trafiłyśmy wtedy z moją towarzyszką podróży do sklepu, gdzie nie dość, że upolowałyśmy wspomniany już polski pasztet, to zostałyśmy bardzo pozytywnie zaskoczone w kwestii przechowywania bagażu. Przed wejściem na salę była bowiem ustawiona szafka z otwartymi półkami, na której należało zostawić wszelakie torebki, torby i plecaki. Nikt specjalnie jej nie pilnował i nikt…cudzej własności nawet nie próbował sobie przywłaszczyć, co oczywiście dla nas było zjawiskiem pozytywnie niebywałym.

Równie niepojęte było dla mnie, jak tanio można zjeść domowe lody, wypić najlepsze espresso na świecie i zakąsić powszechną na Kubie mini wersją pizzy na grubym cieście złożoną głównie z sera i pomidorowego sosu. Gdzieś, w bocznej uliczce Hawany, w prostym ulicznym przydomowym barze, gdzie stołują się Kubańczycy,  dostałam to wszystko, w przeliczeniu na złotówki, za …1,70 zł! I uwierzcie mi, smak tamtej kawy, nalewanej z termosu, do dziś nigdzie się nie powtórzył. Bywa, że trafimy na Kubie na kawę siekierę, naprawdę mocno i długo paloną, jak to według częstującego nas nią farmera, mieli w zwyczaju przyrządzać jej ziarna Indianie- rdzenni mieszkańcy wyspy. Kwestią gustu są już walory smakowe takiego przepalonego napoju. Mój znajomy barista, spec od kaw wszelakiego pochodzenia, bardzo np. kręcił na nią nosem, gdy przywiozłam mu w prezencie trochę ziaren. I na nic zdały się opowieści o rdzennych plemionach indiańskich na karaibskm lądzie. Innym, powszechnym napojem na Kubie, jest sok z trzciny cukrowej. Taki świeżo wyciskany, możemy nabyć np. przy domu Hemingwaya, pod Hawaną, gdzie sami możemy spróbować wycisnąć go ze specjalnej maszyny, co wcale nie  jest pracą lekką.  To właśnie  jedno z tych miejsc, gdzie zwróciła moją uwagę, wspomniana już wcześniej,  szczodrość, z jaką do drinka nalewany jest rum. Tutaj, nie wylicza się skwapliwie trunku co do kreseczki w małej 50 mililitrowej miareczce, tu leje się prosto z butelki, obficie i bez przeliczania na pieniądze. Mieszankę soku z trzciny cukrowej i rumu szczerze polecam. Z ostrożnością, a raczej z ciekawością radzę natomiast podchodzić do  kubańskich lokali, które przyrównałabym do naszych barów mlecznych, w których stołują się na co dzień  mieszkańcy wyspy. Wersja kubańska spaghetti w takim miejscu to makaron z mielonką prosto z puszki, a mleczny koktajl owocowy  smakuje…dość specyficznie i …ryzykownie. Intrygujący smak ma także Yuka, którą zachwalał pewien smakosz w Trinidadzie. Jego ulubione danie nas akurat specjalnie nie  zachwyciło. Ot, kwestia kulinarnego gustu. Wszyscy moi towarzysze podróży zachwycali się natomiast owocami morza i zamawiali je gdzie tylko była okazja. Prym wiodły ogromne langusty. Ja akurat nie należę do fanów wszelakich morskich stworzeń na talerzu, poza rybami, ale za każdym razem langusty wizualnie robiły na mnie wrażenie i jestem skłonna uwierzyć, że były faktycznie wyśmienite.

Żywe muzeum motoryzacji

Tak jak i rum, tak wszechobecne na Kubie są stare samochody. Trzeba przyznać, że w tej kwestii, miłośnicy motoryzacji nie będą mogli poczuć się  rozczarowani. Osobiście nie odróżniam marek samochodów, a zostałam także, jako zupełny laik, oczarowana. Przed wyjazdem wyobrażałam sobie, że pewnie zobaczę trochę zabytkowych  cacuszek w stolicy. Jak się okazało, zachwytom nie było końca przez całą podróż od Hawany, aż  po Baracoa  na wschodnim krańcu wyspy. Jedno Kuba może zawdzięczać spuściźnie rewolucji i odcięciu gospodarczo-ekonomicznemu od reszty świata; to, że stała się niejako i przypadkowo najpiękniejszym na globie, żywym muzeum motoryzacji. Skansenem, gromadzącym perełki, na jakie niejeden bogaty kolekcjoner miałby chrapkę. Choć przypuszczalnie, Kubańczycy widzą to ze swojej perspektywy zgoła inaczej. Tym bardziej wzbudza ogromny podziw fakt, że w kraju, w którym deficyt ogarnia niemal każdą gałąź przemysłu, a większość dóbr przeznaczona jest na eksport, albo dla turystów,  właściciele tych zabytków potrafią utrzymać je na chodzie. Bo o ile, z ich wyglądem jest różnie; jedne błyszczą służąc za luksusowe, a co za tym idzie, nieco droższe taksówki, inne, odrapane, poddają się rdzy i upływowi czasu, o tyle, o dziwo, wszystkie nadal wiernie służą dumnie jeżdżąc ulicami Kuby. A wszystkie te wspaniałe cadillaki, buicki, chevrolety, dodge i jaguary mają już swoje lata, liczone w dziesiątkach. Zadziwiające, że mimo braku części zamiennych  takie cudo z lat 40-50 -tych, jeszcze działa.

Nie wiem jak to robią Kubańczycy, ale jak dla mnie, każdy posiadacz takiego samochodu na Kubie powinien dostać medal mistrza mechaniki samochodowej.  Znają się na rzeczy jak mało kto, czego mogliśmy doświadczyć po niefortunnym zetknięciu naszego vana z wysokim krawężnikiem. W mgnieniu oka wokół nas pojawiło się kilku Kubańczyków, którzy ekspresowo uporali się z usterką.  Nigdy też nie zapomnę przejażdżki starym samochodem z tamtego okresu, którym dotarłyśmy z towarzyszką podróży na plażę w Trynidadzie.  Wszystkie kable na wierzchu, deski rozdzielczej praktycznie brak, ale tapicerka, a i owszem, prima sort, no i co najważniejsze, nie wiem jak to jechało, ale dojechało. I tak jeżdżą te piękne eksponaty po całej wyspie, nie tylko po Hawanie, jak początkowo sobie wyobrażałam. Bo tam, to tak powszechny widok, jak zachodnie samochody na naszych ulicach.  Po prostu, innych nie mają. A, przepraszam, bywają auta powszechne np. w naszym kraju, choć też już u nas rzadkie i traktowane raczej jako zabytkowy rarytas. Mowa o Fiacie 126p, pieszczotliwie nazywanym na Kubie „Polaquito”, czyli Polaczkiem.  Spotkać też można rosyjskie łady. To, czego się obawiam wraz z prognozowanym otwarciem Kuby na świat i związanych z tym, być  może, dużych zmian,  to  tego, że Kubańczycy, nie znając wartości tych skarbów, przymuszeni swoją trudną sytuacją, będą pozbywać się ich za bezcen, ku uciesze światka kolekcjonerskiego. Jakoś smutno się robi gdy pomyśleć, że to żywe muzeum może się kiedyś rozjechać po świecie…Czas pokaże. Do tego czasu trzeba korzystać. Bez trudu bowiem, za kilka CUC-ów, można pojeździć po kubańskich miastach zabytkowym autem. Nieoficjalnie, poza legalnymi, oznaczonymi, pomalowanymi na żółto taksówkami, funkcjonują tu także, nazwijmy to, prywatne usługi taksówkarskie. Kubańczycy oferują turystom podwiezienie za umówioną wcześniej kwotę. Wystarczy podejść do właściciela samochodu i zapytać o taką możliwość. I choć na Kubie autostop także stanowi oficjalną część usług transportowych, to pamiętać trzeba, że pesos za takie podwiezienie należy się urzędnikowi zatrzymującemu dla podróżnych samochody. Dlatego, jeśli sami złapiemy taką okazję, warto te parę groszy dać bezpośrednio kierowcy. Dla nas to mały wydatek, a dla niego, być może, pomoc w łataniu budżetu domowego.

Post scriptum

Co uderza na Kubie, to bieda. Bieda, kryjąca się w zrujnowanych, zawalających się kolonialnych budynkach Hawany, gdzie bez elektryczności, na materacach, między prowizorycznymi ścianami z prześcieradeł żyją najubożsi… Bieda w kontraście z radosnymi uśmiechami na twarzach Kubańczyków. Czy rzeczywiście tak radosnymi? Mam wrażenie, że w tej radości, w ich oczach często ukryty jest jakiś bliżej nieokreślony smutek, może tęsknota? Za czym? Może dlatego, swą szarą, prostą codzienność, pełną zmagań o godny byt, zagłuszają, a może lepiej powiedzieć, ubarwiają,  pełnym życia rytmem gorącej salsy? Bo cóż innego im zostało? Z drugiej strony, trochę możemy im zazdrościć. Własnie tej prostoty, autentyczności, w której zachowali najważniejsze w życiu wartości, którym nam, ludziom bogatej zachodniej cywilizacji już niestety często brak. Odcięci od świata konsumpcjonizmu, z dala od pogoni za nowinkami technicznymi, za wszystkim, co nam, tak do życia wydaje się koniecznie i niezaprzeczalnie niezbędne, mieszkańcy Kuby żyją ze sobą w bliskości, w relacjach, budując więzi, które nam zastąpił facebook i wirtualna rzeczywistość. Kubańczycy są prawdziwi. Może to opieka duchów, tych, którzy już odeszli, a w którą, wedle santeryjskiej religii, wierzą, pomaga im żyć pełnią życia? Mimo ubóstwa i ograniczeń jakie narzuca aparat państwowy. Znamy to chyba z własnej historii. Kiedy to wiara i życie duchowe oraz  proste radości czyniły nas mocniejszymi, a nasze życie, choć trochę barwniejszym. Może dlatego ten ich inny, zapyziały świat, tak nas potrafi zachwycić, pociągnąć i oczarować. A może to czysty sentyment? Na pewno, z wiadomych, historycznych względów, rozumiemy i odbieramy Kubańczyków inaczej niż świat Zachodu. Bo świat Kuby jest mniej złożony. Dla mnie ma on trzy oblicza, trzy twarze: rewolucji, santerii i muzyki. Ale to już temat na inną, osobną opowieść.

 *Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego autorki.

Agnieszka

Agnieszka

Wszędzie mnie pełno. W podróży zdecydowanie wolę intensywne zwiedzanie niż leżenie na plaży. Poza dalekim światem, coraz bardziej doceniam odkrywanie piękna Polski. Na bieżąco śledzę kalendarz wydarzeń w mieście, bywam to tu, to tam i aktywnie uczestniczę w eventach wszelakich. Kocham muzykę, góry, trochę fotografuję, nałogowo oglądam filmy, czytuję książki i zdrowo się odżywiam, eksperymentując w kuchni i odkrywając eko żywność na mapie Krakowa. Uważam, że w życiu warto próbować nowych rzeczy i uczyć się języków obcych. Po kilkunastu latach pracy w mediach trafiłam do Planet Escape, gdzie zainteresowanie podróżami łączę z doświadczeniem dziennikarskim.

!
Ta strona używa plików cookies.