12 miejsc na najlepszą podróż kulinarną

Zainspiruj się i przeczytaj o podróży swoich marzeń na blogu

12 miejsc na najlepszą podróż kulinarną

Powodów, by podróżować, jest wiele, a każdy pretekst do podróży jest dobry. Czy wpadliście kiedyś na pomysł, by w wyborze kolejnego kierunku kierować się miejscową kuchnią? Jeśli tak, podpowiadamy, które miejsca na mapie świata warto odwiedzić. Jeśli nie – po przeczytaniu naszego zestawienia na pewno będziecie głodni takiej podróży!

Mówię: Bangkok, myślę: street food

Bangkok to niewątpliwie stolica ulicznego jedzenia. Miasto jest pełne straganów, na których przygotowywane są posiłki wprost na naszych oczach. Warto wybierać te miejsca, do których ustawiają się kolejki – to znak, że oferowane jedzenie jest smaczne i świeże. Posiłki z ulicznych straganów są tanie, a zapach unoszący się w powietrzu – niezapomniany. Warto spróbować m. in. sataya (opiekanych na bambusowym patyczku kawałków kurczaka, wieprzowiny lub wołowiny, maczane w sosie) czy pad thai (smażonego makaronu ryżowego z dodatkiem jajek, kiełków fasoli, posypanego orzeszkami) i którejś z zup, np. tom yam gong (z krewetek).

Na wakacjach w Tajlandii dobrze kupić lokalne owoce – mango, ananasy czy melony – by przekonać się jak zerwane na miejscu różnią się smakiem od tych sprzedawanych w Polsce. Można skosztować też tych bardziej egzotycznych – np. słynny durian (śmierdzący, mimo to smaczny!), czy mangostan, tamaryndowiec czy (przypominający wyglądem liczi) rambutan.

Co ciekawe, jedna z tajskich ulicznych restauracji zdobyła (jako jedna z 17 w Bangkoku) prestiżową gwiazdkę Michelina. Nagrodzony lokal należy do Jay Fai, zwaną także „cioteczką Fai”. Można ją rozpoznać po goglach narciarskich, którymi chroni oczy przed pryskającym tłuszczem. Adres: 327 Mahachai Road. Bangkok oczywiście.

Street food w Bangkoku

Japońskie sushi (i nie tylko!)

Kuchnia japońska jest popularna w Polsce – w dużych miastach bez problemu znajdziemy specjalizujące się w niej restauracje i sushi bary. Warto jednak spróbować dań japońskich „u źródła”. Podobno Japonia to kraj, w którym znajduje się najwięcej restauracji w stosunku do liczby mieszkańców – to prawdopodobne, gdyż Japończycy rzadko kiedy stołują się w domu. Pewne jest natomiast, że Tokio to miasto z największą liczbą przyznanych gwiazdek Michelin.

Japońska kuchnia to rzecz jasna nie tylko sushi. Warto spróbować także sashimi (ryby i owoce morza podawane bez ryżu), ramen (najbardziej znana japońska zupa, choć nietypowa – nie jest gotowana na bazie ryb czy owoców morza, ale na czerwonym mięsie), różne warianty potraw na bazie makaronów: gryczanego soba, udon i somen. Japonia to także kraj dla odważnych smakoszy: można skosztować rybę fugu (ale tylko w certyfikowanym miejscu, gdyż nieodpowiednio przyrządzona może doprowadzić do zatrucia, a nawet śmierci), nattō (przygotowywane ze sfermentowanej soi), uni (gruczoły płciowe jeżowców), namako (strzykwy, czyli tzw. ogórki morskie) czy shirako (rybie genitalia wypełnione spermą…). Podejmiecie wyzwanie?

Skąpany w winie Kapsztad

Pierwsze wino wyprodukowano w Kapsztadzie (a raczej na przedmieściach Kapsztadu – Constantii) w XVII wieku. Przez kolejne dwieście lat – w XVIII i XIX wieku – wina z RPA święciły triumfy w Europie. Wino Constantine wspomina nawet Jane Austen w powieści „Rozważna i romantyczna” jako lekarstwo na złamane serce. Do dzisiaj te okolice produkują najwięcej wina w RPA, a samo państwo jest 10. eksporterem wina na świecie. Dla wielbicieli tego trunku gratką będzie wycieczka tzw. wine route – trasą wina w okolicach Kapsztadu, rzecz jasna połączona z degustacją i wizytami w restauracjach – w tym „La Colombe”, zaliczonych do 50 najlepszych restauracji na świecie. Warto spróbować m.in. cabernet sauvignon, pinotage, shiraz i pinot noir. Winnice oferujące dodatkowo zakwaterowanie to Basse Provence i  Diemersfontein.

Nowojorskie pastrami

Miejska legenda głosi, że każdego wieczoru naszego życia moglibyśmy jeść w Nowym Jorku w innej restauracji – oczywiście dożywając przy tym setki (co potwierdza przewodnik Lonely Planet po Ameryce). NYC to mekka wielbicieli jedzenia, którzy nie lubią się nudzić. Chcielibyśmy polecić Wam jedną z potraw, która stąd się wywodzi. To właśnie w Nowym Jorku pod koniec XIX w. pochodzący z Litwy emigrant Sussman Volk po raz pierwszy zaczął sprzedawać słynne pastrami on rye – kanapkę przygotowaną na chlebie żytnim z dodatkiem plastrów wołowiny, pikantnej musztardy i często z kiszonym ogórkiem. Pastrami szybko stało się w Ameryce znakiem rozpoznawczym nowojorskiego jedzenia. Co ciekawe, zaczęto je podawać wcześniej niż słynnego hamburgera (którego po raz pierwszy przygotowano w 1904 r.). Pastrami możecie zjeść także z dodatkiem jajek i sera lub zastąpić wołowinę bekonem. Najsłynniejsze miejsce serwujące pastrami to Katz’s Delicatessen, powstałe ponad 100 lat temu na Lower East Side. Dziś mieści się pod adresem 205 East Houston Street i ciągle jest rodzinnym biznesem.  Dzień pastrami obchodzony jest w Ameryce 14 stycznia.

Pastrami z nowojorskiej restauracji The Katz

Kurczak w czekoladzie? Oaxaca – Meksyk

Oprócz tacos czy enchiladas, będąc na wakacjach w Meksyku warto spróbować kurczaka w czekoladzie – a właściwie kurczaka (lub indyka) w sosie mole, czyli tzw. mole poblano, wywodzące się ze stanu Oaxaca w południowym Meksyku, choć popularny również w innych częściach Meksyku.

Czekolada pochodzi właśnie z Meksyku, ale jest to trochę inna czekolada od tej, jaką znamy w Europie – słodkiej, z mlekiem. Sos mole, choć zawiera czekoladę, również nie przypomina w smaku jej europejskiego wydania: jest słodko-pikantny. Składa się z czekolady, chili, migdałów, sezamu, owoców rozrobionych w rosole. Mole negro zawiera najwięcej czekolady i jest najsłodszy, mole colorade i coloradito są czerwone, a mole amarilo żółty – z dodatkiem pomarańczy.

Przepis na mole poblano to jedna z pamiątek, jaka została po Fridzie Kahlo – słynnej meksykańskiej malarce.

Najtańsza restauracja z gwiazdką Michelina? Hong Kong

Chcecie zjeść w restauracji, która została wyróżniona przez Michelin, ale boicie się, że to zbyt duży wydatek? A może chcielibyście spróbować kuchni chińskiej w jak najlepszej odsłonie? Wybierzcie się na wycieczkę do Hong Kongu, do mieszczącej się przy stacji kolejowej restauracji Tim Ho Wan. Jej specjalnością są pieczone bułeczki nadziewane grillowaną wieprzowiną, rodzaj chińskich dim sum. Trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość: restauracja nie oferuje rezerwacji miejsc. Po przyjściu należy czekać w kolejce, pilnując swojego numeru. Obsługa raczej słabo mówi po angielsku, ale jest dostępne menu w tym języku. Na deser warto zamówić biszkopt – po bułeczkach to podobno druga specjalność Tima Ho Wana (choć ciekawą propozycją jest galaretka z osmantusa – gatunku krzewu). Przygotujcie także gotówkę – nie można płacić kartą. Mimo tych niedogodności warto odwiedzić to miejsce.

Ostro, bardzo ostro! Sri Lanka

Oprócz herbaty (którą pije się tu z mlekiem), Sri Lanka słynie ze swojej ostrej kuchni. Podstawową potrawą wyspy jest ryż z curry – ryż z dodatkiem drobiu, ryb lub warzyw (a także grochu lub czosnku). Rice & curry przyprawia się przyprawą curry i chilli, co nadaje mu bardzo ostry smak. Lankijczycy jedzą tę potrawę na śniadanie, obiad i kolację, nabierając ryż na palce i maczając ją w curry, a następnie wkładając do ust. W restauracjach klientom daje się miseczki do płukania rąk, a w turystycznych – także sztućce. Możecie się także spotkać z owiniętymi folią talerzami – alternatywę mycia naczyń (świeża folia dla każdego klienta).

Na wakacjach na Sri Lance warto spróbować także rotti (placka z mąki, wiórków kokosowych, wody z orzecha kokosowego, smażony na oleju kokosowym, z nadzieniem lub bez) i hoppersów (placków z mąki ryżowej, z wbitym do środka jajkiem).

Dwie dobre wiadomości: jedzenie na Sri Lance jest tanie. Nie musicie się także martwić o zatrucie – duża ilość ostrych przypraw eliminuje zarazki.

Sri Lanka słynie z bardzo ostrej kuchni!

Argentyńskie steki w rytmie tanga

Wołowina. To jedno słowo oddaje chyba najlepiej argentyńską kuchnię, ale opisuje także pośrednio sposób spędzania wolnego czasu – podczas asado rodzina, przyjaciele i sąsiedzi ucztują razem, piekąc na ruszcie najczęściej właśnie wołowinę (choć oczywiście bywa to też inne mięso, jak np. chorizos – wieprzowe kiełbaski). Steki podaje się najczęściej z dwoma sosami: chimichurri – olejem z oliwek wymieszanym z solą, czosnkiem, chilli i octem lub z salsa criolla do którego dodaje się jeszcze cebuli i pomidorów. Dodatkiem są niewyszukane sałatki i chleb, do picia – wino.

Miejscami, gdzie turyści mogą skosztować jedzenia z asado  są parillas – restauracje, w których grilluje się mięso. Argentyńczycy preferują dobrze wysmażoną (cocido) wołowinę, można jednak poprosić o średnio wysmażone (punto) lub krwiste (jugoso – tutaj przyda się bycie upartym).

Raj dla wegetarian – Kerala w Indiach

Kerala to stan w południowo-zachodnich Indiach. Hindusi z południa pochłaniają niezliczone ilości ryżu i świeżych warzyw. W restauracjach bezmięsne posiłki królują w menu, jest także wiele knajpek wyłącznie wegetariańskich. Dania wegetariańskie przyrządzane są na klarowanym maśle ghee, a praktycznie do każdej potrawy dodaje się część banana albo kokosa. Nawyki jedzeniowe z południa Indii zdecydowanie różnią się od tych z północy. Przyprawy są podobne, aczkolwiek na południu potrawy mają bardziej pikantny i ostrzejszy smak.

Podstawą kuchni keralskiej jest oczywiście ryż, a właściwie jego specjalna, hodowana tutaj czerwona odmiana – Kerala Matta. Używany jest na przykład do przygotowania sadya (zawsze w pełni wegetariańskiej). Sadya to tradycyjna keralska uczta, którą serwuje się na liściu bananowca. Posiłek składa się z ponad dwudziestu (!) potraw – każdej po trochu. Na środku liścia kładzie się ryż z rozmaitymi rodzajami curry. Ryżu używa się też do przygotowania thali, w którym dostajemy do niego różne dodatki – curry, warzywa, sosy i chlebek pappadam. Warto spróbować także dosa  – naleśników z mąki ryżowej i soczewicy z warzywami w środku, maczany w ostrym curry. Restauracje rywalizują w długości zwiniętego dosa.

Świeże owoce morza? Tylko w Sydney!

Wielbicielom ryb i owoców morza polecamy podróż do Australii. Ich wybór jest tam ogromny. Popularne i łatwo dostępne są zwłaszcza ostrygi, podawane na surowo, zapiekane, smażone. Smakosze zachwycają się także łowionymi wokół wybrzeży krewetkami. Południowa Australia słynie ze świetnych pstrągów, łososi i uchowców (rodzaj skorupiaka), północna – z ryby baramundi. Skosztujemy tutaj także balmain bugs – rodzaj skorupiaków.

Wszystkie wyżej wymienione dostaniemy na pewno na targu rybnym w Sydney – największym na półkuli południowej, a trzecim na świecie. Można tam zresztą nie tylko kupić ryby w hurcie czy detalu, ale także uczestniczyć w lekcjach gotowania. Targ jest czynny siedem dni w tygodniu.

Nawiasem mówiąc, w Sydney można też skosztować mięsa z kangura, emu czy larw z australijskiego buszu – tzw. witchetty grub.

Maroko na talerzu – tajine w Marrakeszu

Tajine to flagowe danie Maroka. To także nazwa specjalnego, glinianego naczynia, w którym jest gotowana potrawa, ze stożkowatą pokrywką. Naczynie to jest gwarancją, że mięso będzie soczyste. Oryginalne tajine jest przygotowywane na żarzących węglach przez wiele godzin. Taijine można spotkać w wielu wariacjach – z mięsem (najczęściej jagnięciną), rybą lub wegetariańską. Do tego warzywa, a często nawet owoce (rodzynki czy cytryna).

Na wakacjach w Maroku warto także spróbować kaszy kuskus – przez Berberów zwanej seksu albo sikuk, i podawanej z dodatkiem mięsa i warzyw. Smakuje dużo lepiej niż ten zalany wrzątkiem błyskawiczny kuskus według przepisu na opakowaniu – Marokańczycy gotują go w naczyniu zwanym kuskusierą, które jest po prostu sitkiem zawieszonym nad gotującym się mięsem i warzywami. Dzięki temu nabiera odpowiedniego aromatu.

Poza tym Maroko to raj dla wielbicieli słodkości. Mieszkańcy uwielbiają wszystko, co słodkie – nie jest niczym dziwnym słodki akcent w wytrawnej potrawie (patrz wyżej). Możecie spróbować kaab el ghzal (rogów gazeli – ciasteczka z migdałową nutą), m’hancha (ciastka w kształcie serpentyn) czy trójkątne briouats nazywane również Palcami Fatimy.

Tradycyjne danie marokańskie

Do Sajgonu na sajgonki!

Sajgonki to wietnamski klasyk. Polska nazwa pochodzi od nazwy miasta Sajgon (obecnie Ho Chin Minh). Sajgonki to z grubsza wszystko, co można zawinąć w trzeszczący ryżowy papier. Świeże są zwane gỏi cuốn – z dodatkiem krewetek, wieprzowiny, makaronu ryżowego i ziół, maczany w sosie, np. hoisin. Smażone to nem rán – najczęściej z wieprzowiną, makaronem z tapioki, grzybami Mun. Równie dobrze jednak można zjeść sajgonki wegetariańskie czy z owocami morza.

Będąc na wycieczce w Wietnamie, pamiętajcie także o popularnej zupie pho – z dodatkiem makaronu ryżowego i zieleniny, na bazie mięsa – wołowiny, kurczaka, ryby, kulek mięsnych.

Co ciekawe, Wietnam jest drugim na świecie – po Brazylii – eksporterem kawy. Warto spróbować sua chua ca phe – serwowanej z gęstym jogurtem czy ca phe trung – z dodatkiem skondensowanego mleka i żółtka jajka. Dla tradycjonalistów znajdzie się też zwykła czarna albo z mlekiem.

Zaprezentowana wyżej lista to oczywiście tylko niewielki wycinek inspiracji kulinarnych, którymi można się kierować przy wyborze kierunku kolejnej podróży. Dlatego przed każdą wycieczką warto poczytać o tym, co serwuje lokalna kuchnia, bo bez tej wiedzy często kończy się z hamburgerem  frytkami. Pamiętajcie też, że kuchnia w danym miejscu to integralna część lokalnej kultury!

Ola

Ola

!
Ta strona używa plików cookies.