Wakacje z dreszczykiem – szlakiem najciekawszych opuszczonych miejsc na świecie

Zainspiruj się i przeczytaj o podróży swoich marzeń na blogu

Wakacje z dreszczykiem – szlakiem najciekawszych opuszczonych miejsc na świecie

Znudziło Wam się plażowanie? Jesteście zmęczeni zwiedzaniem typowych atrakcji turystycznych? Piesze wycieczki i trekkingi po górach Was nużą, a buszowanie po dżungli to zdecydowanie nie dla Was? Jeśli zastanawiacie się, jak nietypowo urozmaicić sobie kolejne wakacje, to mamy dla Was propozycję podróży poza utartym szlakiem. Co powiecie na odrobinę dreszczyku emocji i odwiedzenie któregoś z najciekawszych, według Planet Escape, tajemniczych, opuszczonych miejsc świata? Brzmi ekscytująco, nieprawdaż? Oto kilka wybranych przez nas i z różnych przyczyn porzuconych obiektów, które uczynią Waszą egzotyczną podróż jeszcze bardziej egzotyczną, a na pewno niezwykłą i niezapomnianą. Gotowi? Specjalnie dla Was lista wyjątkowych opustoszałych miejsc, do których zdecydowanie warto wybrać się podczas podróży szytej na miarę.

Namibia. Opuszczony dom w Kolmanskop

1) Kolmanskop – miasto poszukiwaczy diamentów w Namibii

Zwane „Miastem Duchów” Kolmanskop znajduje się na południu Namibii, 13 km od Luderitz, w głąb lądu. Można powiedzieć, że to prawdziwa gratka dla miłośników wymarłych, opuszczonych miast, ale także dla poszukiwaczy przygód i… skarbów. Zarządzane przez Niemców, Kolmanskop było bowiem, w czasach swojej świetności, osiedlem górników, którzy zamieszkali tu po odkryciu w okolicy diamentów w 1908 roku. Z Luderitz łączyła je linia kolejowa. Porzucone zostało niecałe 50 lat później, gdy po I wojnie światowej wartość drogocennego kruszcu spadła. Mieszkańcy zostawili nie tylko swoje domy, ale także szkołę, szpital, elektrownię, a nawet teatr, halę sportową i kasyno. Dziś, po budynkach wzniesionych w niemieckim stylu, nie zostało wiele, ale kilka odremontowano na potrzeby turystyki i wyeksponowania pozostałych po górnikach i ich rodzinach sprzętów i mebli. Jednak tym, co stanowi o największej atrakcyjności miasteczka, są nadające mu aury tajemniczości pokłady piachu, wypełniające wnętrza zdewastowanych murów i pokrywające pozostałe w nich resztki wyposażenia. Zdecydowanie, otaczająca Kolmanskop pustynia sprawia, że jest tu wyjątkowo, szczególnie o zachodzie słońca, którego czerwone i złote  promienie wdzierają się do zrujnowanych rezydencji otwartymi, odrapanymi drzwiami i pozbawionymi szyb oknami. Udając się w podróż do Namibii koniecznie uwzględnijcie w swoich planach Kolmanskop. Wrażenia niezapomniane, a kto wie, jaki skarb czeka na Was zasypany w piachu.

Boliwia. Cmentarzysko pociągów w Uyuni. Źródło: pinterest

2) Cmentarzysko pociągów w Uyuni – Boliwia

Wydawać by się mogło, że boliwijskie miasteczko Uyuni, poza tym, że jest dobrze zorganizowaną bazą noclegową i wypadową do największego solniska na świecie – Salar de Uyuni – nie ma wiele do zaoferowania. Istotnie, atrakcje można tu policzyć na palcach jednej ręki, przeważają raczej restauracje i bary, ale amatorzy odwiedzania nietypowych obiektów, miłośnicy opuszczonych miejsc i zbieracze wyjątkowych zdjęć, do kolekcji fotografii z wycieczki do Boliwii będą mogli dołączyć kolejną perełkę. Nieco ponad 2 km na południowy zachód od centrum miasteczka znajduje się wielkie cmentarzysko pociągów. To ponad setka starych, głównie brytyjskich, pordzewiałych i niekompletnych maszyn; historycznych wagonów i lokomotyw parowych pochodzących z XIX i początku XX wieku. Skąd ich ponure, skorodowane przez słone wiatry szkielety wzięły się na opustoszałych obrzeżach Uyuni? Otóż miasteczko pełniło ważną funkcję węzła komunikacyjnego, łączącego kilka miast Ameryki Południowej, a pod koniec XIX stulecia stanowiło stację przeładunkową dla pociągów transportujących rozmaite minerały do portów nad oceanem. Czyniono wtedy wielkie plany rozbudowy sieci kolejowej, ale z różnych powodów (trudności techniczne, sprzeciwy rdzennych mieszkańców i konflikty z sąsiednimi krajami) zostały one porzucone. A wraz z nimi, a przede wszystkim z wyczerpaniem zasobów mineralnych i upadkiem górnictwa w latach 40. XX wieku, porzucone zostały pociągi. I stoją tak do dziś.  Bezużyteczne dla gospodarki, służą jednak turystyce i ciekawskim turystom wybierającym się w podróż do Boliwii, by odwiedzić m.in. słynne Salar de Uyuni.

Kambodża. Kompleks świątyń Angkoru

3) Świątynia Ta Prohm – Kambodża

Wycieczka do Kambodży nie byłaby kompletna bez odwiedzenia największej i najsłynniejszej jej atrakcji – wspaniale zachowanych, starożytnych ruin khmerskiego miasta Angkor, znajdującego się w prowincji Siem Reap. Świątynne obiekty i pałace wznoszone na przestrzeni wieków (od IX do XV stulecia) fascynują nieprzerwanie, od przypadkowego odkrycia w 1680 roku. Przyciąga nie tylko ogrom kompleksu i jego nietuzinkowa, pełna misternych, zdobnych detali architektura, ale i tajemnica, która kryje się za opuszczeniem tego niegdysiejszego centrum handlowego i politycznego imperium Khmerów. Po śmierci ostatniego wielkiego władcy, najeździe Tajów i przeniesieniu stolicy do Phnom Penh, Angkor całkowicie się wyludnił. Dlaczego? Istnieją, jak to zwykle bywa w naukowym świecie, pewne teorie, jednak fakt ten pozostaje wciąż nie do końca odkrytą zagadką dla badaczy.  Szczególne wrażenie robi tu świątynia Ta Prohm, która w niejednym odwiedzającym budzi ducha odkrywcy. To idealny przykład na to, jak natura zajmuje miejsce człowieka i jego cywilizacyjnych wytworów tam, skąd on na dobre odchodzi. Tu najlepiej widać, jak wszechogarniająca dżungla zaczęła wdzierać się do budynków miasta. Plątanina grubych, wijących się po kamiennych murach korzeni drzew, które wyrosły na jej dachu, robi naprawdę oszałamiające wrażenie. Smaczku dodaje historia powstania świątyni. Przy jej budowie pracowało bowiem wiele tysięcy robotników, z których wielu, z wyczerpania, zakończyło swój żywot na placu budowy.  Dodatkowo wyobraźnię pobudza inskrypcja z odnalezionej tu kamiennej płyty. Według niej, w świątyni mieszkało, uwaga, 18 arcykapłanów, prawie 3 tys. kapłanów, 2 tys. asystentów i 61 tancerek, a jej skarbiec pełen był srebra, diamentów, pereł i innych drogocennych kamieni. Niesamowite! Z bardziej współczesnych ciekawostek, fanów Angeliny Jolie zainspiruje z pewnością informacja, że to tu kręcono sceny z filmu „Tomb Rider”, w którym gwiazda zagrała główną rolę.

Japonia. Elektrownia w Fukushimie. Źródło: CNN

4) Fukushima – Japonia

Z pewnością hasło Fukushima nie wywołuje dobrych skojarzeń. I nic dziwnego, gdyż tamtejsza elektrownia był miejscem największej katastrofy nuklearnej ostatnich lat, o skali porównywalnej do tej z Czarnobyla. W wyniku tsunami, wywołanego przez trzęsienie ziemi, doszło do awarii reaktora jądrowego i emisji radioaktywnych substancji do środowiska.  Odwiedziny okolic elektrowni podczas wycieczki do Japonii to zdecydowanie wyzwanie dla najbardziej ekstremalnych i nie bojących się potencjalnego ryzyka podróżników. Wiele wiosek i miasteczek wokół elektrowni zostało po awarii przymusowo ewakuowanych. Do dziś w niektórych z nich poziom skażenia uniemożliwia ich mieszkańcom powrót, a brak działającej infrastruktury w tych, w których skażenie zamyka się w dopuszczalnych przez rząd japoński normach, skutecznie ich do tego zniechęca. Skrajnym przykładem jest miasto Futaba, gdzie oprócz strażników pilnujących częściowo zamkniętej drogi nr 6 i tego, by nikt się w nim nie zatrzymywał, nie spotkacie żywej duszy. Są w okolicy jednak i takie miejsca, w których wskaźniki promieniowania go nie wskazują, więc normalnie żyją w nich ludzie, którzy chętnie opowiadają historię tego wydarzenia, dzieląc się swoimi doświadczeniami i wspomnieniami. Miasta Nama czy Iitatemura na przykład, zaludniły się na powrót, choć w bardzo niewielkim stopniu, po tym jak zostały oczyszczone w 2017 roku. Bez obawy możecie tu nawet posilić się w lokalach gastronomicznych.  Z pewnością jednak, decydując się na taką przygodę w ramach podróży do Japonii, należy przestrzegać pewnych restrykcyjnych zasad bezpieczeństwa: słuchać poleceń strażników i nie zapuszczać się samodzielnie do opuszczonych budynków.

USA. Opuszczone miasteczko Bodie w Kalifornii. Źródło: Thierry Chardes

5) Bodie – miasto poszukiwaczy złota w Kalifornii, USA

Na północny wschód od Parku Narodowego Yosemite znajduje się zupełnie innego rodzaju park – Stanowy Park Historyczny Bodie. W czasach amerykańskiej gorączki złota w XIX wieku było to miasteczko górnicze, zamieszkałe przez 10 tysięcy osób. Jego nazwa pochodzi od nazwiska W.S. Bodey. Człowiek je noszący był odkrywcą drogocennego kruszcu w tych okolicach. Dziś z dawnej świetności miasta nie zostało wiele. Zachowała się jednak mała jego część i na pewno warto ja zobaczyć podczas wycieczki do USA, zwłaszcza jeśli fascynuje Was Dziki Zachód i klimat rodem z westernów. Miasteczko wygląda jak ponad 50 lat temu, kiedy to, wraz ze schyłkiem i upadkiem złotego przemysłu wydobywczego, opuścili go ostatni mieszkańcy. Wnętrza domów pozostały nienaruszone i znajdują się w nich sprzęty sprzed lat. Czas się tutaj zatrzymał. Poza muzeum, nie ma tu żadnych komercyjnych obiektów, dzięki czemu utrzymana jest specyficzna atmosfera miasta duchów, w którym hulający między drewnianymi budynkami wiatr pobudza wyobraźnię. Niegdyś to tętniące życiem centrum wydobycia złota miało swoją straż pożarną, orkiestrę dętą, kolej, gazety, pocztę, cmentarz z kostnicą – jedynym w mieście budynkiem z cegieł, więzienie oraz kilkadziesiąt saloonów znajdujących się wzdłuż głównej ulicy. Co więcej, była tu też chińska dzielnica z taoistyczną świątynią, a na północnym krańcu miasta tajna dzielnica czerwonych latarni. Dzisiejsze muzeum było Salą Związków Górników i służyło jako centrum rozrywki, w którym organizowano tańce, koncerty i przedstawienia. Najbardziej niesamowity urok miasteczko ma nocną porą. Spacer opustoszałymi ulicami Bodie z pewnością dostarczy Wam niezapomnianych wrażeń  z wycieczki do Stanach Zjednoczonych.

Meksyk. Park Lalek na Isla de las Munecas . Źródło: Mas Mexico

6) Upiorny Park Lalek na Isla de las Munecas – Meksyk 

Jeśli horror o laleczce Chucky to deszczyk emocji w Waszym typie, wybierając się w podróż do Meksyku koniecznie uwzględnijcie w swoich planach Isla de las Munecas – małą wysepkę na południe od  Mexico City, słynącą z mrocznego parku, w którym na drzewach wiszą… stare, zniszczone lalki. Skąd tak nietypowa, upiorna atrakcja turystyczna? Otóż wiąże się z nią pewna tajemnicza i mrożąca krew w żyłach legenda. W latach 50. mieszkał tu jedynie samotny dozorca, który pewnego dnia usłyszał krzyk tonącej w otaczających wysepkę kanałach dziewczynki. Niestety mężczyzna nie zdążył  z pomocą…. Po dziecku została jedynie lalka, którą stróż powiesił na drzewie. Podobno odnajdywał on tam kolejne lalki, które dołączały do pierwszej, kończąc swój żywot w konarach. Z czasem popadł on w obsesję gromadzenia uszkodzonych, niekompletnych i zużytych lalek, które także wieszał na gałęziach. Robił to, by rzekomo uspokoić ducha zmarłej tragicznie dziewczynki. Dozorca także umarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Jego ciało odnaleziono w tym samym miejscu, w którym zginęło dziecko. Przypuszczalną przyczyną jego śmierci było utonięcie pod wpływem alkoholu. Od tego wydarzenia Isla de las Munecas zaczęło odwiedzać coraz więcej turystów, których intrygowała jej zła sława związana z nieszczęśliwą historią i przyciągał makabryczny widok setek upiornych, zwisających z drzew lalek. Ponurego nastroju temu miejscu dodaje ponadto podmokły teren wokół. Odważycie się je odwiedzić?

Tajwan. Sanzhi – domy UFO. Źródło: The Ghost in my machine

7) Domy UFO w Sanzhi – Tajwan 

Trochę klimatu science-fiction a’la „Star Trek” i trochę luksusu – oto prosty przepis na unikatowe domki UFO. Takie futurystyczne, kolorowe obiekty wypoczynkowe dla zamożnych mieszkańców wyspy i stacjonujących w Azji amerykańskich żołnierzy miały powstać przy plaży Green Bay w północnym Tajwanie. W zasadzie osiedle pod nazwą Wanli UFO Village powstało, jednak nie doczekało się spełnienia swojej funkcji i popadło w ruinę. Dziś można swobodnie oglądać te oryginalne, jednak mocno zdewastowane, m.in. przez siły natury i nadszarpnięte przez ząb czasu, domki, a nawet zajrzeć do ich środka i obejrzeć resztki wyposażenia oraz specjalnie zaprojektowane meble. Jeśli udacie się w podróż do Tajwanu, nie możecie ich przegapić, przyszłość tej dziwacznej atrakcji jest bowiem dość niepewna i nie wiadomo kiedy pozostałości kosmicznej wioski mogą zostać zrównane z ziemią. Z drugiej strony, nie do końca należy wierzyć doniesieniom, które pojawiały się w Internecie, o jej rozebraniu w latach 2008–2010 i powstaniu w tym miejscu nowego hotelu czy komercyjnego, nowoczesnego, wakacyjnego kurortu z parkiem wodnym. Nawet jeśli były takie plany, nic się nie zmieniło i wszystko nadal jak stało, tak stoi. Ale od początku. Wioska UFO składa się z dwóch rodzajów domków: Venturo i Futuro, przy czym na pewno większe wrażenie robią te drugie, o kształcie latających spodków wspartych na betonowych szczudłach. Ich koncept narodził się w głowie fińskiego architekta w latach 60. XX wieku. W 1978 roku na tajwańskim wybrzeżu rozpoczęto budowę osiedla imitującego ten styl. Ceny domków, zbudowanych wprawdzie z niedrogich prefabrykatów, osiągnęły jednak niebotyczne sumy. Do komercyjnej klapy projektu przyczynił się masowy kryzys inwestycyjny, lecz istnieją oczywiście inne tajemnicze teorie, które rzekomo mogły przyczynić się do porzucenia budowy w 1980 roku. I jak to zwykle bywa w legendach o opuszczonych miejscach, czynią one osiedle UFO nawiedzonym i przeklętym. Dość powiedzieć, że w okresie powstawania tego letniskowego osiedla miała miejsce seria nieszczęśliwych zdarzeń: śmierć kilku robotników podczas pracy, samobójstwo i wypadki drogowe w okolicy. To za profanację zapomnianego cmentarza mścić się miały ponoć duchy holenderskich żołnierzy, których szczątki masowo na nim spoczywały. Pecha mogło też przynieść celowe zniszczenie figury ważnego w kulturze Azji chińskiego smoka, który stał u bramy wioski  i miał utrudniać dostęp do terenu budowy. Być może dlatego porzucono także rozpoczęty proces rozbiórki wioski UFO. Zagadką pozostaje także fakt, że do tej pory nie podjęto kolejnych przedsięwzięć w tym miejscu. Klątw nie boją się jedynie pomieszkujący w zniszczonych domkach squatersi, a nawet pojedynczy lokatorzy, którzy zdążyli się już nawet zadomowić i urządzić w najlepiej zachowanych statkach kosmicznych. Może ich odwiedzić? Bo nie wiem jak Was, ale mnie to miejsce zafascynowało i na pewno byłoby moim punktem obowiązkowym podczas wycieczki do Tajwanu.  

Liban. Opuszczona stacja kolejowa w Riyakq. Źródło: Lebtivity

8) Nieczynna stacja kolejowa Riyaq – Liban 

Liban jest jednym z tych krajów, w których nie ma transportu kolejowego. Co nie znaczy, że go tam nigdy nie było. Udając się bowiem w podróż po Libanie można natknąć się na jego ślady. Porozrzucane w zaroślach na terenie stanowisk archeologicznych, takich jak np. Anjaar, fragmenty pordzewiałych torów, świadczą o tym, że przez kraj przebiegała niegdyś linia kolejowa, a pociągi były wtedy podstawowym środkiem transportu. Początki kolei w Libanie sięgają końca XIX wieku, kiedy to kraj był częścią Imperium Osmańskiego. Pierwsza linia łączyła Bejrut z Damaszkiem, by następnie, z początkiem kolejnego stulecia, połączyć się z resztą świata arabskiego, Europą i Azją. Libańska kolej prosperowała blisko sto lat, zanim została zamknięta z powodu wojny domowej w latach 70. XX wieku. Pierwszy pociąg, który wystartował ze stolicy, zatrzymał się na stacji w Riyaq,  gdzie został uroczyście powitany. Dziś, patrząc na to, co pozostało po tej dużej stacji, można tylko wyobrażać sobie tamten dzień, kiedy to urzędnicy z regionu i Europy uczcili tu początek historii kolei na Bliskim Wschodzie. Zrujnowany, pozbawiony zadaszenia szkielet budynku dworca, porośnięty wdzierającą się weń dziką roślinnością, kryje niebywałe skarby kolejnictwa. W środku, ale i wokół zobaczyć można zardzewiałe wagony, parowozy i ich części oraz resztki maszyn służących prawdopodobnie w działającej tu także w przeszłości jednej z największych ówczesnych fabryk pociągów, w której m.in. przerabiano silniki parowe na paliwowe. To wyjątkowe miejsce pełniło w swej historii wiele funkcji. W czasie II wojny światowej w fabryce, działającej jako baza wojskowa, naprawiano broń, a we współpracy z inżynierami z pobliskiej, wciąż działającej bazy lotniczej Riyaq, projektowano tu i budowano  samoloty dla armii francuskiej. Niestety 85 lat sukcesów i osiągnięć libańskiej kolei przerwał konflikt wewnętrzny w państwie, a kolejne 33 lata prowadziły stację do nieuchronnego upadku. Niemniej jednak, wybierając się na wycieczkę do Libanu, z pewnością warto zaplanować ją tak, by zatrzymać się, choćby na chwilę, w tym historycznym, sentymentalnym miejscu, gdzie swój bieg zakończyły na zawsze libańskie pociągi…

Kuba. Góry Sierra Maestra, w pobliżu Santaigo de Cuba – miejsce kryjówki Fidela Castro. Źródło: Trover

9) Kryjówka Fidela w górach Sierra Maestra – Kuba 

Wielu z Was z Kubą kojarzą się na pewno cygara i gorące rytmy salsy. I oczywiście Fidel Castro z jego rewolucją. A jeśli już rewolucja, to jej pozostali przywódcy. Najbardziej znaną i kojarzoną chyba na całym świecie postacią jest kontrowersyjny i wzbudzający skrajne emocje Ernesto Che Guevara, którego wizerunek trafił nawet do świata popkultury. Jeśli udajecie się w podróż po Kubie i jesteście zainteresowani historią tego wspaniałego kraju, a szczególnie tą z czasów rewolucji, na brak miejsc ją upamiętniających nie będziecie narzekać. Duch oporu przeciw reżimowi Batisty wciąż się tu unosi. Poza mauzoleami, pomnikami i muzeami gromadzącymi niezliczone ilości pamiątek, dokumentów i fotografii, warto rozejrzeć się za autentycznymi miejscami, w których przebywał Castro ze swoją grupą. Jedną z takich perełek jest ukryta w lasach, pośród wzgórz Sierra Maestra, intrygująca kryjówka Comandancia La Plata. Obecnie jest to atrakcja turystyczna w Parku Narodowym Sierra Maestra, stanowiąca swoiste muzeum na wolnym powietrzu, do której nietrudno dotrzeć, ale niegdyś faktycznie, tutaj, w odosobnionym miejscu, miejscowi pomagali ukryć się swoim „wybawicielom”.  Przedzierając się ścieżkami pomiędzy gęstą i bujną roślinnością  dżungli, ocierając pot z czoła, docierać będziecie do kolejnych, świetnie zachowanych i zakonserwowanych przez naturę, drewnianych budynków. Niektóre z nich wzniesiono na wysokich palach, wszystkie są podpisane. Dowiadujemy się więc, gdzie była np. kuchnia, gdzie budynek prasowy i stacja radiowa Radio Rebelde prowadzona przez Che, w której wciąż oglądać można oryginalne sprzęty nadawcze, a gdzie budynki szpitalne. Wisienką na torcie jest dom Fidela, w którym wciąż stoją, prawdopodobnie oryginalne, sprzęty, z których korzystał, jak łóżko czy lodówka. Wszystko to porzucone w latach 50. i stojące tak do dziś, wraz z otaczającą je dziką, tropikalną przyrodą, tworzy klimat, dzięki któremu można niemal poczuć się jak kubański rewolucjonista. To inny rodzaj dreszczyku emocji, ale wciąż jednak dreszczyk. Chyba można go nazwać ekscytacją.

Chiny. Zatopione miasto Shi Cheng. Źródło: china-uderground.com

 10) Zatopione, starożytne miasto Shi Cheng – Chiny 

Zaginione Lwie Miasto, bo tak tłumaczy się nazwę Shi Cheng, to dokonały przykład na to, jak ludzka działalność może jedną podjętą decyzją, pojedynczym działaniem, zniweczyć tysiące lat historii i starożytnej kultury. Shi Cheng, wzniesione w 208 roku, za czasów dynastii Han, na wzgórzu Wu Shi (Góra Pięciu Lwów) na wschodzie Chin, nazywa się Nową Atlantydą, z tej prostej przyczyny, że znajduje się pod wodą, a dokładnie na głębokości 25–40 metrów. Jak tak piękne, bogate w detale architektoniczne, antyczne miasto się tam znalazło? Otóż z końcem lat 50. na terenie, gdzie wraz z licznymi wioskami rybackimi znajdowało się Lwie Miasto, na rzece Xi’an, wybudowano pierwszą w Chinach elektrownię wodną. Inwestycja wiązała się ze stworzeniem sztucznego zbiornika wodnego Qiandao, co z kolei wymusiło przesiedlenie miejscowej ludności z mających zostać zalanych wsi, a wraz z nimi niestety i starożytnej metropolii. Z czasem o niej zapomniano. Archeolodzy odkryli tę podwodną perłę dopiero w 2001 roku. Mające wielkość aż 62 boisk futbolowych Shi Cheng jest skarbem architektury, do którego nie wszyscy mają dostęp. Obecnie wśród uprzywilejowanych wybrańców i szczęściarzy są, poza badaczami, jedynie amatorzy nurkowania, którzy będąc na wycieczce w Chinach, mogą podziwiać zachowane pod wodą zabytki. Płetwonurkowie zobaczą oprócz nienaruszonych belek i schodów, imponujące łuki, tradycyjne chińskie mury, zdobne budynki świątyń, a nawet pozostałości kamiennych dróg. W rozświetlonych słupem światła mrokach toni wodnej robią istotnie duże wrażenie. Podwodne miasto jest tak dobrze zachowane, że wyobraźnia może tu podsuwać różne obrazy. Z pewnością stwierdzić można, że czas się tam zatrzymał.

USA. Holy Land. Źródło: gregcookland.com

11) Biblijny park „Holy Land” w Waterbury – USA

Ziemia Święta w USA? Nie, nie, to nie do końca pomyłka geograficzna. W pewnym sensie, można powiedzieć, że mieszkańcy Waterbury w stanie Connecticut mają swoją biblijną świętą krainę. I możecie się o tym przekonać na własne oczy, jeśli np. podczas swojej podróży po USA będziecie w okolicach Nowego Jorku. Gdy pokonacie drogą nr 84 około 100 km na północny wschód od metropolii, Waszym oczom ukaże się ogromny, świecący nocą krzyż wieńczący szczyt Pine Hill, a pod nim, niczym ten hollywoodzki, wielki napis „Holy Land USA”. Z branżą filmową miejsce to nie ma nic wspólnego, choć mogłoby pewnie stać się doskonałą lokalizacją scen do niejednego horroru. Górujący nad okolicą, podświetlany nocą, krucyfiks mógłby też sugerować cmentarz albo miejsce pielgrzymek. I właściwie coś w tym jest, biorąc pod uwagę, czym „Święta Ziemia” była w latach 60. i 70. XX wieku, a czym jest teraz. Otóż w przeszłości był to dość nietypowy park tematyczny, którego motywem przewodnim była Biblia i opisane w niej historie i miejsca. Tutaj przez lata okoliczni i przyjezdni chrześcijanie spotykali się na religijnych nabożeństwach, modlitwach i wydarzeniach. Obecnie to jedno z wielu opuszczonych miejsc na świecie, ulubionych przez eksploratorów nietypowych atrakcji, owianych tajemnicą i przesiąkniętych mroczną atmosferą replik katakumb i uszkodzonych posągów biblijnych postaci. Park został zbudowany przez miejscowego prawnika, który w ten sposób chciał oddać hołd Ziemi Świętej. Na powierzchni ponad 7 hektarów zbudował z prostych materiałów ponad 200 wyjątkowych miniatur Betlejem i Jerozolimy, przedstawiających także kluczowe biblijne sceny. Trudno uwierzyć, że przez lata ten obecnie ponury, porośnięty krzewami, zdewastowany park z rozpadającymi się i zapadającymi obiektami w czasie swojej świetności przyjmował aż 40–50 tysięcy odwiedzających rocznie. Jego twórca miał nawet plany modernizacji i rozbudowy obiektu, dlatego zamknął go na czas remontu w latach 80. Niestety jego śmierć brutalnie zniweczyła te zamiary i Holy Land został przekazany tutejszym zakonnicom, które nie podołały wyzwaniu. W 2013 roku burmistrz miasta wraz z dilerem samochodowym wykupili park od zakonu, inicjując jego skromną rewitalizację. Na stronie internetowej Holy Landu znajdziecie informację o tym, że prowadzona jest zbiórka datków na ten cel. Co ciekawe, na terenie parku nadal odbywają się ceremonie religijne. W 2018 roku odprawiono tam mszę św. w intencji ustanowienia świętym księdza Michaela McGiveny’a, założyciela świeckiej charytatywnej organizacji Rycerze Kolumba. Uporządkowanie przestrzeni i instalacja nowego krzyża nie wystarczyły jednak, by ostatecznie przywrócić temu intrygującemu miejscu dawny blask. Zanim tak się stanie, polecamy byście, będąc na wycieczce w USA, choć na chwilę tutaj się zatrzymali. Czy odważycie się jednak wstąpić do Holy Landu po zmroku? Nie sądzę i nie polecam. Biorąc pod uwagę, że w ostatnich latach miejsce to nie należało do bezpiecznych i została tu zamordowana młoda kobieta, zdecydowanie lepiej omijać park wieczorową porą. Może wystarczy rzucić okiem z bezpiecznej odległości i za dnia. I żeby już nie straszyć i rozluźnić atmosferę, na koniec anegdota. Po okolicy krąży miejscowy żart związany z oświetlonym elektrycznością krucyfiksem. Ponoć mieszkańcy Waterbury dorastali w przekonaniu, że Jezus zmarł na krzyżu porażony prądem…

Chiny. Opuszczone “wesołe miasteczko” Wonderland. Źródło: thebohemianblog.com

12) Nie-wesołe miasteczko Wonderland Amusement Park w Chenzuang – Chiny 

Miał to być największy park rozrywki w całej Azji. I miał oczywiście przynosić wielkie pieniądze. Tak się jednak nie stało i Wanderland Amusement Park w chińskiej wiosce Chenzuang pod Szanghajem dołączył do smutnego grona wielu opuszczonych wesołych miasteczek na świecie. Plany tajlandzko-chińskiej firmy developerskiej, która budowała obiekt, zostały nagle przerwane w 1998 roku i inwestycja nie została dokończona. Oczywiście, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, wkrótce kraj obiegły plotki na temat przyczyny porzucenia przez robotników terenu budowy. Pojawiły się mroczne pogłoski, jakoby natrafiono tam na masowe groby i miejsce jest nawiedzone. Tymczasem powód był czysto ekonomiczny – brak funduszy na zrealizowanie przedsięwzięcia do końca, spowodowany sporem o ceny gruntów pod budowę między lokalnymi władzami a miejscowymi rolnikami. Prace próbowano podjąć ponownie w 2008 roku, jednak bez powodzenia. Dziś Kraina Czarów, składająca się z głównie z bajkowych pałacyków o blednących już kolorach i rusztowań niedokończonych obiektów, otoczona jest zewsząd polami kukurydzy, a ziemia wokół  uprawiana jest przez tutejszych farmerów. Niemniej jednak, jeśli będziecie mieć chwilę podczas Waszej podróży po Chinach, warto odwiedzić to niesamowite miejsce. Jeśli lubicie dreszczyk emocji, mroczny krajobraz i klimat grozy, koniecznie wybierzcie się tutaj przy niesprzyjającej pogodzie, najlepiej o poranku. Tak, tak, nie inaczej, Park robi właśnie największe wrażenie spowity gęstą mgłą i wszelakimi odcieniami szarości dnia. Szczególnie wyróżnia się wtedy posągowy, szary, betonowy szkielet strzelistego zamku, który jest chyba najpopularniejszym obiektem fotograficznym tego ponurego i z pewnością już nie wesołego miasteczka.

Japonia. Wyspa Hashima. Źródło: wikipedia

 13) Kontrowersyjna wyspa Hashima – Japonia 

Opuszczone miejsce, które jest oficjalnie lokalną atrakcją turystyczną i które odwiedzają zorganizowane, grupowe wycieczki? Na dodatek wyróżnione przez UNESCO? Brzmi dość nietypowo, prawda? A jednak! Takie miejsce istnieje na Dalekim Wschodzie, a konkretnie w Kraju Kwitnącej Wiśni. Jeśli wybieracie się w podróż po Japonii, to zachęcamy do rozważenia wizyty na wyspie Hashima. Mieści się ona ok. 15 kilometrów od Nagasaki i nazywana jest Wyspą Pancernika, jako że kształtem przypomina właśnie japoński okręt wojenny. Industrialna, niezamieszkana przez nikogo, niemal rozpadająca się wyspa, przyciąga żądnych nietypowych wrażeń turystów i niestrudzonych eksploratorów. Przy tym ma bogatą, aczkolwiek skomplikowaną historię, która wywoływać może kontrowersje wokół jej spuścizny i tego, czy traktować ją jako symbol industrialnej rewolucji, czy miejsce martyrologii… Na początku XIX wieku odkryto w jej rejonie pokłady węgla. W latach 1887–1974 była centrum jego podwodnego wydobycia, a co za tym idzie dużym osiedlem górniczym; w szczytowym okresie liczba mieszkańców wynosiła 5259. W 1916 roku wzniesiono na niej pierwszy żelbetowy budynek w Japonii – blok mieszkalny dla robotników. Po wyczerpaniu zasobów i wzroście popytu na ropę górnicy opuścili Hashimę, która na długie lata pozostała osamotniona i porastać zaczęła roślinnością. Najbardziej ponura część historii wyspy dotyczy II wojny światowej, kiedy to funkcjonował tu obóz robót przymusowych. W wyniku wyczerpania, niedożywienia i dramatycznych, nieludzkich  warunków pracy zginęły tutaj tysiące koreańskich cywili i chińskich jeńców… Nieproduktywni byli mordowani… Natomiast w 2009 roku Hashima została częściowo otwarta dla turystów, którzy z fascynacją przechadzają się po byłych mieszkalnych kompleksach. Ciasno rozmieszczone żelbetowe bloki, między które dociera ograniczona ilość światła, ziejące ponurą, czarną pustką okna, rozpadające się balkony, zwietrzałe i skorodowane ściany zrujnowanych przez morską wodę i tajfuny osiedli, tworzą budzącą grozę atmosferę. Nic dziwnego, że twórcy słynnej serii o Bondzie znaleźli tutaj idealne plenery do filmu „Skyfall”. Przy tym, co ciekawe, wyspa została w 2015 roku zaliczona do grona Światowego Dziedzictwa Edukacyjnego, Naukowego i Kulturowego ONZ (UNESCO), jednak nie bezspornie. Konfliktową kwestią było uznanie przez stronę japońską określenia „praca przymusowa” i nazwanie niewolnikami koreańskich robotników. Jeśli, jadąc na wakacje do Japonii, wybierzecie się na Hashimę, warto zgłębić ten niechlubny wątek historii wyspy. Dodam, że od lat naukowcy pracują nad uratowaniem zabudowań przed totalną ruiną.

Chiny. Kawaguchi – dawny lunapark. Źródło: pinterest

 14) Upadłe „Królestwo Guliwera” w Kawaguchi – Japonia 

Wśród opuszczonych miejsc na całym świecie nieczynne lunaparki na pewno mieszczą się w ścisłej czołówce. Być może jest to znak czasów, w których tego typu rozrywka przegrywa z bogatą, różnorodną i łatwo dostępną konkurencją. Dziś, te niegdyś bardzo popularne, tętniące życiem, kolorowe i radosne, nieco kiczowate atrakcje, zamknięte, porzucone i zapomniane, rdzewieją, zarastają gęstą roślinnością i… straszą. Pustką, ciszą i upiornym, mrocznym klimatem, który wykorzystany, a być może raczej wykreowany i podsycony przez horrory, stał się nieodłącznym ich atrybutem. Wiele z takich wesołych, teraz raczej smutnych miasteczek, jest do siebie podobnych, ale i między nimi poszukiwacze przygód z dreszczykiem znajdą oryginalne perełki. Jeśli do nich należycie i wybieracie się w podróż po Japonii, będąc w Tokio, odwiedźcie pobliskie miasto Kawaguchi, gdzie w sąsiedztwie góry Fudżi zbudowano w 1997 roku tematyczny park rozrywki Królestwo Guliwera. Kto nie zna opowieści o Lemuelu Guliwerze i jego podróżniczych przygodach, podczas których odwiedził m.in. krainę Liliputów? Tę najbardziej chyba popularną historię z powieści „Podróże Guliwera” Jonathana Swifta postanowili przypomnieć twórcy parku rozrywki, który w 2001 roku został na dobre zamknięty, kończąc swoją zaledwie kilkuletnią działalność. Zainspirowani książką, odtworzyli w centrum barwnego miasteczka słynną scenę z gigantyczną postacią leżącego na ziemi głównego bohatera, przywiązanego przez Liliputów do podłoża. Wydawać by się mogło, że oryginalny pomysł na park rozrywki przetrwa próbę czasu. Dodatkowo, jego lokalizacja w pobliżu góry odwiedzanej przez 25 milionów turystów rocznie, powinna była sprzyjać zainteresowaniu lunaparkiem. Niestety nie udało się i nierentowne Królestwo Guliwera musiało zostać zamknięte. Dlaczego? Istnieje hipoteza, za którą, a jakże, kryje się mroczna historia, i to niejedna. Wesołe miasteczko powstało bowiem w bardzo niewesołym sąsiedztwie lasu Aokigahara, zwanego nieprzypadkowo „lasem samobójców”. Od lat 50. XX wieku życie odebrało w nim sobie kilkaset osób, co plasuje go w czołówce najstraszniejszych miejsc na świecie oraz na drugiej pozycji miejsc samobójczych, po moście Golden Gate w San Francisco. Jakby tego było mało, w pobliskiej wiosce Kamikuishiki działała sekta i organizacja terrorystyczna Aum Shinriyiko (Najwyższa Prawda), odpowiedzialna m.in. za zamach w tokijskim metrze. Niefortunna lokalizacja i niesympatyczne sąsiedztwo mogły przyczynić się do niskiej frekwencji odwiedzających. Pytanie, dlaczego autorzy przedsięwzięcia nie wzięli tego pod uwagę? Jakakolwiek byłaby odpowiedź, faktem pozostaje, że po zniszczeniu zabudowań Parku w 2007 roku, zostało po nim niewiele, a figurę skrępowanego Guliwera „zdobi” tu i ówdzie nieciekawe graffiti. Nie przeszkadza to jednak miłośnikom eksploracji opuszczonych miejsc. Niczym Liliputy wdrapują się na biednego Lemuela i robią sobie z nim pamiątkowe, tryumfalne zdjęcia. Przyznajcie jednak sami, taka pamiątka z wakacji w Japonii to całkiem nietuzinkowy pomysł. I otoczenie straszne, i samo miejsce przez to jakby bardziej upiorne niż rozrywkowe i wesołe. Po powrocie będzie i co pokazać, i o czym opowiadać.

Macie gęsią skórkę? Bo my tak! Po takiej dawce emocji i fascynujących historii pobudzających wyobraźnię i wywołujących dreszcz aż chce się zobaczyć takie miejsca na własne oczy. Ależ jak najbardziej, nie ma na co czekać! Odrobina ekscytującej przygody podczas podróży wysoce wskazana. Wybierzcie tylko kierunek, a my już zajmiemy się resztą. Planet Escape uszyje każde, jakie sobie tylko wymarzycie, wakacje. I skroi je specjalnie na Waszą miarę.

Agnieszka

Agnieszka

Wszędzie mnie pełno. W podróży zdecydowanie wolę intensywne zwiedzanie niż leżenie na plaży. Poza dalekim światem, coraz bardziej doceniam odkrywanie piękna Polski. Na bieżąco śledzę kalendarz wydarzeń w mieście, bywam to tu, to tam i aktywnie uczestniczę w eventach wszelakich. Kocham muzykę, góry, trochę fotografuję, nałogowo oglądam filmy, czytuję książki i zdrowo się odżywiam, eksperymentując w kuchni i odkrywając eko żywność na mapie Krakowa. Uważam, że w życiu warto próbować nowych rzeczy i uczyć się języków obcych. Po kilkunastu latach pracy w mediach trafiłam do Planet Escape, gdzie zainteresowanie podróżami łączę z doświadczeniem dziennikarskim.

!
Ta strona używa plików cookies.