Loading

Andrzej Meller – moje ulubione miejsca w Indiach

Zainspiruj się i przeczytaj o podróży swoich marzeń na blogu

Andrzej Meller – moje ulubione miejsca w Indiach

Do Indii jeżdżę od prawie 20 lat. Tyle czasu potrzebowałem, aby zajrzeć w najdalsze zakątki kraju: od stanu Tamil Nadu po Leh w Ladakhu, od sikhijskiego Amritsaru w Pendżabie po wyspiarskie Andamany. Indie, to nie tylko “miejsca”, to także wydarzenia, święta i festiwale, które odbywają się cyklicznie, bądź raz na parę lat. Dziś opowiem Wam o moich ulubionych miejscach w tym kraju.

AMRITSAR

Amritsar, w języku Sikhów, pendżabi – “sadzawka nektaru nieśmiertelności” – pierwsze miejsce, które zobaczyłem w Indiach po przekroczeniu granicy z Pakistanem w miejscowości Waga. Był rok 1999 i od dwóch miesięcy byłem w drodze lądowej z Warszawy do Delhi i dalej do Nepalu i na Andamany.

Oczywiście od razu udałem się do mekki Sikhów, gdzie pośród bieli ścian, na wyspie Ambit Sarovar zostałem oślepiony słońcem odbijającym się od Złotej Świątyni – głównego miejsca kultu i sanktuarium Sikhów. Miasto i świątynię założył czwarty guru Sikhów, Rama Dasa w XVI wieku. Wewnątrz umieścił świętą księgę sikhów – Sri Guru Granth Sahib. Jest ona do dnia dzisiejszego odczytywana bez przerwy w dzień i w nocy przez zmieniających się co dwie godziny kapłanów. Miasto było wielokrotnie najeżdżane przez Afgańczyków, ale najtragiczniejsza historia związana ze Złotą Świątynią wydarzyła się stosunkowo niedawno, bo w latach 80-tych XX wieku. Były ty czasy, kiedy dał o sobie dobitnie znać nacjonalizm sikhijski i ich ruch niepodległościowy. Za sztab i siedzibę nacjonaliści obrali Złotą Świątynię i stąd terroryzowali i likwidowali przeciwników politycznych. Rząd Indiry Gandi nie mógł na to pozwolić i w czerwcu 1984 przeprowadzono szturm świątyni, co dla Sikhów było jednoznaczne z jej zbezczeszczeniem. Parę miesięcy później, dwóch ochroniarzy zamordowało panią premier.

Dziś na świecie żyje około 24 milionów Sikhów i na pewno warto odwiedzić ich Watykan, na przykład po drodze do Kaszmiru.

SRINAGAR

Do Srinagaru trafiłem latem 2005 roku. Miałem tu kupić 60 paszmin dla jednego z warszawskich sklepów kolonialnych, a przypadkowo zostałem zaproszony na wesele Niemki i Kaszmirczyka. Większość czasu spędzałem na housebout’cie na jeziorze Dal, bo sytuacja w mieście była niestabilna. Zresztą do dziś warto przed wyjazdem sprawdzić jak się sprawy w mieście i regionie mają. Wtedy, w 2005 roku pisałem tak (i niewiele się zmieniło od tamtej pory): “Na jednego mieszkańca miasta przypada jeden indyjski żołnierz, a mudżahedini wyprowadzili się w góry, krążąc po pograniczu indyjsko-pakistańsko-afgańskim. Zaglądają tu rzadko. Wybuchy i zamachy na lokalną administrację czy pro-indyjskich działaczy zdarzają się co jakiś czas, ale jeszcze parę lat temu była to codzienność.” Kaszmir przez setki lat stanowił jeden spójny kulturowo i religijnie region. Islam na stałe zadomowił się tu w XV wieku i do dziś wyznaje go w indyjskiej części 80 proc. z 12 mln mieszkańców. W XIX wieku J&K został kupiony od rządu brytyjskiego przez maharadżę Gulaba Singha, który wyznawał hinduizm. Wyznawcą tej religii był także władca Hari Singh, którego w 1947 roku zastało ogłoszenie niepodległości przez Indie i Pakistan. Na mocy India Independance Act “niezależne” księstwa miały same decydować, czy wolą wejść w skład muzułmańskiego Pakistanu, czy też zamieszkałych w większości przez niemuzułmanów Indii. Maharadża zwlekał z decyzją, a kiedy od strony Pakistanu do jego kraju zaczęli przedostawać się pasztuńscy bojownicy, wybrał Indie, prosząc je o pomoc w zduszeniu rebelii. W rok później ONZ ustanowiła linię przerwania ognia, co nie przeszkodziło dwóm krajom stoczyć trzech wojen, w których działa ustawiano na wysokości, na której normalny człowiek dostaje zawrotów głowy. Tzw. linia kontroli stała się najwyżej na świecie położonym frontem. Po obu stronach stale dochodziło do potyczek. W 1989 roku w J&K wybuchło powstanie mudżahedinów, z których jedna frakcja była pro-pakistańska, druga zaś obstawała za niepodległością. Do pierwszej wchodziły ugrupowania szkolone i finansowane sowicie przez Islamabad, co jeszcze bardziej podgrzewało atmosferę między oboma krajami. W 1998 roku Islamabad i Delhi przeprowadziły próby nuklearne i świat stanął po raz kolejny na krawędzi apokalipsy. Negocjacje nie przyniosły większych efektów. W grudniu 2001 roku doszło do ataku muzułmańskich terrorystów na parlament w Delhi, na co Indie odpowiedziały koncentracją wojska na granicy. Od wybuchu powstania w J&K zginęło około 30 tysięcy ludzi. Mimo to, Srinagar robi wrażenie baśniowej oazy. Atmosferą bardziej przypomina chanaty dawnej Azji Środkowej niż Indie. Położony nad jeziorem Dal, kiedyś tętnił życiem. Anglicy, którym miejscowi radżowie zabronili kupowania ziemi, zaczęli budować na jeziorze łodzie-domy i wkrótce Dal zapełniło się setkami komfortowych barek. Można na nich było przeczekać najbardziej upalne chwile na południu kraju. Taj Mahal, Raja’s Gardens, New Bull Bull – to tylko niektóre z tych, co przetrwały. Dziś mieszkają w nich Kaszmirczycy.

Z ciekawostek: Jedną z atrakcji miasta jest rzekomy grób Jezusa Chrystusa. Zgodnie z wiarą islamskiej sekty ahmadytów, JCH nie zginął na krzyżu. Wyruszył jednak na wschód, by nauczać zaginione plemiona Izraela. Miejsce spoczynku jego szczątków jest właśnie w Śrinagarze.

COCHIN (KOCZIN)

Miasto Cochin jest niekiedy nazywane keralską Wenecją. Ta biznesowa stolica Kerali położona jest na rozlewiskach, gdzie słona woda z lagun łączy się ze słodkowodnymi rzekami. Stąd też podobieństwo do Wenecji, wiele tu kanałów, a jedną z głównych form transportu są łodzie. Miasto od starożytności było niejako zachodnią bramą Indii. Docierali tu Arabowie przynosząc Islam, przypływali kupcy chińscy zaznajamiając miejscowych rybaków z dziś typowymi dla Kerali sieciami, kolonizowali wybrzeże Portugalczycy, Holendrzy i Anglicy. Moją ciekawość wzbudziła wspólnota żydowska, w końcu Żydzi w tym regionie świata są rzadkością. Niestety spóźniłem się o parę lat. Pierwszy raz Żydzi dotarli tu ponoć po zburzeniu drugiej Świątyni Jerozolimskiej w 70 roku naszej ery. Miejscowi władcy pozwolili im żyć spokojnie w zamian za udziały w handlu z Bliskim Wschodem. Druga grupa Żydów, tym razem europejskich osiadła w Cochin ratując się ucieczką przed hiszpańską inkwizycją w XVI wieku. W 1568 roku w tzw. Żydowskim Mieście powstała Synagoga Piradesi, którą można zwiedzać do dziś, a bilety w niej sprzedaje jedna z ostatnich potomkiń żydowskich osadników, bowiem w ostatnich latach Żydzi wrócili do Izraela. Pozostało po nich cudne „Jew Town“ gdzie dziś handlem w sklepikach i kramach zajmują się brodaci muzułmanie z Kaszmiru. Kochin to oczywiście świetne miejsce do rozpoczęcia przygody z keralskimi rozlewiskami.

Amritsar

Srinagar

Cochin

KADŹURAHO

Chyba każdy widział choć raz zdjęcia świątyń z płaskorzeźbami, na których różne postaci uprawiają seks w tak wysublimowanych pozach, że mógłby im pozazdrościć niejeden mistrz olimpijski w gimnastyce. W czasie kiedy u nas myszy konsumowały Popiela, a potem w piastowskich kniejach Polanie przyjmowali chrzest, tu w małej indyjskiej wiosce na północy kraju miejscowi władcy zbudowali ponad 80 świątyń poświęconych różnych hinduskim Bogom.

Swą sławę zespół świątyń (do dziś pozostało jedynie 25) zawdzięcza szczególnie bardzo bogatej dekoracji rzeźbiarskiej zewnętrznych ścian. Tworzą ją rytmiczne układy splątanych ze sobą postaci. Dla świata Kadźuraho odkrył stosunkowo późno, bo w 1838 roku niejaki Kapitan T.S. Burt, angielski urzędnik kolonialny, którego do opuszczonych świątyń w środku dżungli przyprowadzili wieśniacy. Teorii na temat powstania świątyń jest wiele. Wśród uczonych panuje jednakże powszechna zgoda, że owe erotyczne parady przedstawiają sceny z zaślubin boga Sziwy z Parvati, uosabiającą boską kobiecą moc (shakti) i są niczym innym jak tantryczną manifestacją potęgi i znaczenia seksu w kreacji, nie tylko ludzkiej, ale i kosmicznej – twórcza siła boskości miała bowiem charakter seksualny. Świat, który powstał podczas stosunku seksualnego bogów, to jeden z motywów hinduskiej kosmogonii. Do mnie najbardziej przemawia teoria ludowa, którą przedstawił mi 26 letni Amit, chłopak, który z ojcem i braćmi wyciska tu soki. Król sokowirówek wytłumaczył mi, że dawno temu pewien władca postanowił założyć tu swoją siedzibę, ale rzuciło mu się w oczy, że w okolicy jest dość pustawo. Zbudował zatem świątynie z rzeźbami na których ludzie radośnie spółkują, aby tchnąć życie w to miejsce, żeby poddani zaczęli się rozmnażać.

Moja rada: Miejsce świetne na zwiedzanie i chill out, sporo w nim jednak oszustów. Dość powszechne są historię o uwodzeniu turystek, odurzaniu ich narkotykami w niecnych celach, nie tylko seksualnych, ale po prostu by okraść.

RISZIKESZ

Riszikesz rozsławili na cały świat Beatles’i, za którymi przyjechały tu ekipy telewizyjne i reporterzy z gazet. John Lennon, Paul McCartney, George Harrison i Ringo Star przyjechali tu zimą 1968 roku, by w aśramie prowadzonym przez guru Maharisziego Maheśa Jogiego zgłębiać tajemnice transcendentalnej medytacji. Na początku muzycy byli zachwyceni guru, jego pacyfizmem, dietą wegetariańską i praktykami medytacyjnymi. Harrison wyprawił tu nawet swoje 25 te urodziny. W leżącym niedaleko miasteczku Dehra Dun do dziś mieszkają indyjscy muzycy, którzy podczas urodzinowego party grali z Beatlesami na indyjskich instrumentach. Rockmani szybko jednak rozczarowali się. Prawdopodobnie ich wybujałe oczekiwania i wyobrażenia o tym czego mogą się nauczyć w egzotycznych, mitycznych Indiach, zderzyły się z rzeczywistością, a ich guru okazał się naciągaczem, który obiecał jak głosi legenda – lewitować, czy wręcz latać pewnego bogatego Kalifornijczyka. Ponadto sam miał problemy w stosowaniu zasad, których nauczał. Namawiał np. do wstrzemięźliwości seksualnej, a po zajęciach usilnie bałamucił uczennice m.in. Mię Farrow. Międzynarodowa Akademia Medytacji, w której medytowali Beatles’i, znajduje się pod Ramdżulą, parę kilometrów od Riszikeszu. Dziś na zarośniętym dżunglą wzgórzu pozostały  zrujnowane budynki, w których mieszkali wyznawcy guru. Na dachu jednego z nich stoją przypominające wielkie grzyby domki, w których medytowali  uczniowie. Pewnie też z tego najwyżej położonego budynku chciał się unieść w niebiosa płacący za nauki ogromne sumy Kalifornijczyk. Naokoło rozpościera się majestatyczna panorama podnóża Himalajów i dolina zalana Gangą.

W Riszikeszu – jednym ze świętych miejsc Hinduizmu – obowiązuje ścisła prohibicja i wegetarianizm. W okolicy, tych świętych miejsc pielgrzymkowych jest kilkanaście. Stąd do źródeł rzeki wysoko w lodowcach Himalajów jest 260 km – to 12 godzin jazdy dżipem po urwistych serpentynach. Po drodze z Hardiwaru przez Badrinat, Kedarnat, Gangotri, aż do źródeł nad Yamunotri są setki aśramów jogi, astrologii, reyki i medytacji, które pomagają w dotarciu do oświecenia, osiągnięciu harmonii ciała i ducha i poznaniu liczącej tysiące lat filozofii hinduizmu. Do Riszikeszu i innych świętych miejsc czerpiących moc z Gangi przyjeżdżają głównie Hindusi, ale także tysiące turystów ze świata. Połowa z nich to prawdziwi pasjonaci jogi, którzy chcą potem otworzyć w świecie swoje szkoły lub po prostu ćwiczyć. Coroczny festiwal jogi ma miejsce w lutym/marcu. Okolicę odwiedzają wtedy tysiące joginów – hinduskich i ze świata. Druga połowa to dzieci dzieci kwiatów, którzy chętnie tu się obijają w haszyszowym dymie.

Moja rada: Riszikesz rekomenduję ludziom szukającym szkół jogi, a także tym, których pociąga szlak świętych miejsc wzdłuż Gangesu.

MAHA KUMBH MELA

Raz na 12 lat hinduiści zbierają się nad Gangesem, wierząc, że kąpiel w nim, w określonym terminie posiada dar całkowitego zmycia grzechów, a także, że potrafi cofnąć złą karmę i zakończyć cykl ponownych narodzin, reinkarnacji tak by człowiek mógł trafić od razu do Królestwa Bożego, miast być kolejno kierowcą rykszy, praczką, żebrakiem bądź jaszczurką, czy prosiakiem. Bo to właśnie tutaj – według hinduistycznej mitologii – kiedy bogowie i demony walczyły o nektar nieśmiertelności, z dzbana wylało się parę kropel amrity – magicznego nektaru  pochodzącego z dna oceanu. Pozostałe krople spadły w Nasiku, Udźdźajnie i Haridwarze. By to zrozumieć, wystarczy dodać, że według hinduizmu takiego oczyszczenia nie może sprawić nawet kąpiel w Gangesie w świętym mieście Waranasi, czy nawet kremacja tamże. Dlatego Maha Kumbh Mela, czyli cykliczne Święto Dzbana obchodzone co 12 lat w jednym z tych miast cieszy się tak ogromną frekwencją. Nie ma w Hinduiźmie ważniejszej duchowej pielgrzymki i rytuału.

Miejsce i czas tego największego zgromaczenia ludzkiego na świecie jest wyznaczone idealnie w oparciu o hinduistyczną astrologię, a dokładnie w zależności od położenia planety Jowisz w stosunku do Słońca. Przykładowo kiedy Jowisz jest w Byku, a słońce w koziorożcu Kumbh Mela wypada w Prayag, czyli w Allahabadzie – jak do inwazji Wielkich Mogołow nazywano to miasto.

Po polsku określa się je jako Święto Dzbana, w hindi jako Kumba Mela, a to największe jako Maha Kumbh Mela. W 2001 roku w ciągu całej Mela przewinęło się około 70 milionów ludzi. To z 2013, którego bylem świadkiem – oszacowano na 110 milionów, czyli oznacza to, że pobito rekord w skali ludzkich zgromadzeń. Dziś wiadomo, że w niedzielę 10 lutego 2013 roku, czyli w czasie kulminacji święta i głównej zbiorowej kąpieli, na dwóch tysiącach hektarów na brzegu Gangesu i łączącej się z nią rzeki Dżamuny przelało się około 35 milionów hinduistów. Piszę „przelało“, bo uwierzcie mi – te miliony ludzi wyglądały jak wartka rzeka w kolorze pomarańczy!

Ciekawe, jak można ogarnąć logistycznie taką imprezę? Przyznam, że się obawiałem gdzie się tu podziać, bo jasne, że miejsc w hotelach nie ma, zwłaszcza, że byłem tam z żoną. Mela ochraniało 50 tysięcy policjantów, komandosów, strażaków i tajniaków. Do kulminacji nie było problemu z noclegiem. Na 10 go lutego zjechały miliony i nie było gdzie szpilki wetknąć. Spaliśmy na sianie u jakiegoś guru za wcale nie małe pieniądze. Jednak z organizacyjnego punktu widzenia festiwal jest bardzo sprawnie zorganizowany. To zasługa organizatorów, ale i samych Hindusów, którzy wiedzą czym może grozić agresywne napieranie nad Ganges i zmierzają doń spokojnie. Na pewno mają też w pamięci tragedie z innych Kumbh Meli. Na ostatniej zadeptano około 50 osób. W 1954 roku w wyniku paniki na Kumbh Mela w Allahabadzie zadeptano 10 tysięcy ludzi, a władze podały społeczeństwu oficjalną liczbę 370. Teraz też nie obyło się bez tragedii. 10 lutego go wieczorem miliony ludzi napierały na perony dworca kolejowego  w Allahabadzie (czyli już nie na terenie Mela). Gdy nagle podano informację, że pociąg do miasta „X“ wjeżdża na peron 6, a nie 2 jak wcześniej podano ludzie ruszyli na przełaj po torach na peron 6 ty i zadeptano 36 osób… No cóż, skala ludzkich przeżyć i nieszczęść w Indiach jest nie do ogarnięcia. Starczy napisać, że 10 lutego zgubiło się 40 tysięcy pielgrzymów, a od 14 stycznia, kiedy impreza się rozpoczęła przez szpitale przewinęło się 150 tysięcy chorych… Dla mnie Kumbh Mela to najważniejsze przeżycie z Indii w czasie tych wszystkich lat. Warto pamiętać, że mniejsze (ale też kilkumilionowe) Kumbh Mele są co parę lat w różnych miejscach nad Gangesem.

WARANASI

Ostatni raz byłem w Waranasi po drodze do Nepalu w 1999 roku. Z tamtego krótkiego pobytu w mieście został mi w głowie taki obrazek: płynę łódką po Gangesie, od wiosła odbija się jakaś niedopalona do końca ludzka noga, oczy szczypie dym z ognisk kremowanych na brzegu zwłok, a na głowy sypie się trupi pył. No i ten zapach, słodki zapach popielonych ciał. Następnym razem przyjechałem do świętego miasta hinduizmu – Waranasi – prosto z Maha Kumbh Mela, czyli w 2013 roku. Po Allahabadzie Waranasi już mnie nie zadziwiło. Czułem się prawie jak w domu. Na ghatach, czyli kamiennych schodach prowadzących do Gangesu palono zwłoki, nieopodal kapele przygrywały na bębnach młodej parze, praczki prały sari, turyści popijali herbatę, bramini błogosławili pielgrzymów, żebracy wyciągali ręce po bakszysz, a święci sadhu popalali haszysz. Spotkałem zresztą paru znajomych sadhu, w tym jednego, którego znałem z Riszikeszu sprzed paru lat. Świat jest mały, podobnie jak Indie. Poza tym, że od czasu pierwszej podróży do Indii spędziłem tu szmat czasu, zacząłem się zastanawiać co jest nie tak? Nie poczułem tego zapachu śmierci, który wtedy wygnał mnie z miasta. Czyżby nauczono się inaczej kremować zwłoki, czy może wiatr powiewa nieustannie w kierunku wydm na drugiej stronie rzeki? Nie wiem.

Pod koniec XX wieku miasto było opanowane przez izraelskich turystów, którzy wtedy oblegali dosłownie Indie w poszukiwaniu uciech lub duchowej zadumy po trzech latach w armii. Dziś ich niewielu, coraz więcej młodych Żydów wybiera Amerykę Południową, czy Azję Południowo-Wschodnią. Obecnie Waranasi wydaje się być „skolonizowane“ przez Japończyków i Koreańczyków. Praktycznie w każdej knajpie mogą przeczytać menu we własnym języku i zamówić swoją pikantną kapustę morską kimczi.

Hindusi wierzą, że ich święte miasto stworzył bóg Sziwa. Nad Gangesem i w wąziutkich uliczkach starego miasta czas się jakby zatrzymał. W końcu Varanasi to jedno z najstarszych zamieszkanych ciągiem miast świata. Czasem nazywa się je miastem śmierci, ale nie ma tu jakiegoś niebywałego smutku, bo śmierć w hinduizmie to zawsze krok ku nowemu.

 

Waranasi

Goa

RADŻASTAN

Wielokrotnie zaglądałem do Radżastanu. Po pierwsze niedaleko tu z Delhi, po drugie kolorowo i ciekawie, a po trzecie sucho, gorąco, ale nie wilgotno, a taki klimat lubię. Można tu oczywiście zwiedzać fantastyczne oazy-miasta, takie jak Dżajsalmer, Udajpur, Bikaner czy Jaipur, ale ja sentymentem darzę niewielki Pushkar do którego zawsze zaglądam, gdy tu jestem. Parę lat temu przez tydzień obserwowałem “Pushkar Camel Fair”, czyli coroczny festiwal wielbłądów, który odbywa się w październiku. Festiwal to gonitwy, konkursy piękności wielbłądów i targ, na którym mieszkańcy Radżasthanu pojawiają się z dziesiątkami tysięcy tych stworzeń na sprzedaż. To także jak zawsze w Indiach – zjazd różnej maści freaków, np. właścicieli krów z porożami na tyłku lub z pięcioma kończynami itp. Pushkar to także, a może przede wszystkim święte jezioro otoczone przez 400 świątyń, z których większość poświęcona jest Bogu – Brahmie. Poza tym Pushkar ma tylko 10 tysięcy mieszkańców, więc jak na Indie niewiele-można tu się naprawdę poczuć jak na wsi i odetchnąć od zgiełku.

Moja rada: Radżasthan to najbardziej bajkowy z indyjskich stanów, świetny na romantyczny wypad z kobietą. Myślę też, że poziom usług, hoteli i knajp jest tu wyższy niż w pozostałych miejscach Indii.

GOA

Nie raz bolała mnie tu głowa, bynajmniej nie od zadumy, ale robiłem tu także rzeczy poważniejsze niż clubing, np. we wsi Ashvem w wynajętej kawalerce napisałem książkę o Wietnamie “Czołem, nie ma hien”. Warunki miałem idealne.

Stan Goa był ostatnim, który zrzucił kolonialne jarzmo. Dopiero w 1961 r. indyjska armia wmaszerowała do Panadżi i Old Goa, które niegdyś rywalizowało z Lizboną o miano pierwszej portugalskiej metropolii, i zakończyła tym samym dominację Portugalczyków, którzy władali regionem od 1510 r. Na dziewicze wówczas plaże Goa zaczęły przyjeżdżać dzieci kwiaty z całego świata, w tym (podobnie jak do Riszikeszu) legendarni Beatlesi. Wielu hipisów osiadało tu na stałe. Nierzadko i dziś można spotkać dinozaurów tej subkultury, czy też, powiedzmy, ludzi, którzy na przełomie lat 60. i 70. wybrali beztroski styl życia.

Apogeum rozkwitu turystyki to przełom lat 80. i 90., kiedy na plaże zawitali zwykli turyści pragnący odpocząć od Europy czy innych zakątków świata, i otrzeć się o magię Indii. Goa od lat cieszyło się szczególną renomą wśród młodych Izraelczyków, którzy za pieniądze odłożone w czasie służby wojskowej wyruszali do Indii na długie miesiące, aby zrzucić z siebie stres po trzech latach w armii. Tu mogli się bawić całodobowo, bez żadnych ograniczeń obyczajowych czy prawnych. Lekkie narkotyki, choć formalnie zakazane, są ogólnie dostępne za śmieszne pieniądze, a dym spalanych jointów płynie wprost w nozdrza policjantów, którzy patrolując plaże, całkowicie przymykają na to oczy. W przeciwnym razie musieliby postawić tu całą armię, a i Goa przestałoby być legendarnym Goa. Oczywiście, w pokojach hotelików wiszą wyraźne napisy o treści: “używanie narkotyków w pokoju surowo wzbronione”, dlatego też pewnie młodzież wychodzi na tarasy i pali, ile ma ochotę, nie łamiąc przy tym hotelowych zakazów. W pierwszym numerze rosyjskojęzycznej gazety “Goa Ekspriess” przeczytałem, że w goańskim więzieniu gnije za narkotyki paru Europejczyków, ale ich przypadki dotyczyły handlu na dużą skalę czy też próby przemytu.

Gdy przyjechałem tu po raz pierwszy, w maju 1999 roku, w Arambolu była jeszcze niemiecka szkoła dla dzieci hipisów, a na plażach dogorywali ostatni heroiniści, którzy w latach 70-tych spalili paszporty i nigdy nie wrócili do Europy.

Jak wspominałem wcześniej, ten rokendrolowy stan przez lata był miejscem, gdzie chillowali się Izraelczycy. Potem zastąpili ich mieszkańcy byłego ZSRR. Najbardziej widoczna zmiana zaszła jednak po zamachach w Mumbaju z 2008 roku. Skończyły się legalne całonocne imprezy wyparte przez tzw. “silent nights”, czyli ciche pląsy ze słuchawkami na uszach.

Goa jednak pozostaje Goa, choć niekiedy można się tu poczuć jak w Soczi. Piękne plaże, świetna pogoda, fantastyczne jedzenie i wyluzowana, tolerancyjna atmosfera co roku przyciągają tu masę ludzi z całego świata. Bo czyż można się nie zakochać w karnawale w Arambolu albo nie obkupić się ciuchami na hipisowskim targu w Anjunie? Już sam goański zachód słońca zwala z nóg, stąd te tłumy na plażach o 18:30. Bawiąc na Goa nie zapomnijcie podskoczyć do Hampi, fantastycznej wioski w stanie Karnataka. To tylko noc w autobusie, a budzicie się w ruinach drawidyjskiej stolicy dawnych Indii, w zasadzie w środku dżungli nad rzeką Tungabhadra.

DHARAMSALA

Do Dharamsali zaglądałem parokrotnie i najczęściej było tu zimno – jak to zimą w Himalajach. Pamiętam jak raz w styczniu,krowy chowały się pod wiatami przystanków, a na uliczkach tego górskiego miasta było ze trzy metry śniegu. Wiózł mnie wtedy rikszą chłopak w dresie z napisem “Pogoń Szczecin”. Do Dharamsali, a w zasadzie do wioski obok – McLeod Ganj zaglądają najczęściej buddyści lub ludzie, którym bliski jest los Tybetu i jego mieszkańców. To tu w “Małej Lhassie” na uchodźstwie przebywa XIV Dalajlama Tenzig Gjaco, który w 1959 roku, wraz z tysiącami swoich ziomków dotarł tu przez Himalaje i stworzył rząd na uchodźstwie po tym jak Tybet zajęli Chińczycy. Znajdują się tu liczne uczelnie i instytucje tybetańskie, jak na przykład Instytut Medycyny Tybetańskiej. W 2016 roku brałem udział w stuleciu obchodów Instytutu i rano, akurat w 40 urodziny podał mi rękę… XIV Dalajlama. Ponieważ chwilę po urodzinach był 1 kwietnia, to mało kto mi wierzył, że dopiero co spotkałem duchowego przywódcę Tybetu. Potem pojechałem do Bir – koloni tybetańskich uchodźców, 3 godziny od Dharamsali. Tu Tybetańczycy budują swoje klasztory, uniwersytet i przenoszą swe życie duchowe z Tybetu i Dharamsali, która stałą się zbyt tłoczna. Bir to cicha wioska u podnóża Himalajów. Wspaniałe miejsce i pewnie można się tu poczuć jak w Tybecie. To jednocześnie jedno z lepszych miejsc w indyjskich Himalajach do uprawiania paralotniarstwa.

AUROVILLE

Nazwa miasta pochodzi od imienia guru Szri Aurobindo, wielkiego filozofa i mistyka, który żył i tworzył w położonej niedaleko byłej francuskiej kolonii Pondycherry. Jego uczennica i “duchowa partnerka” Mirra Alfasa, zwana najczęściej “The mother”, a po polsku niekiedy “Słodką Matka” powołała do życia Auroville w 1968 roku, czyli na piec lat zanim jej “dusza opuściła ciało”. Według jej słów Auroville powstał “jako uniwersalne miasto, gdzie mężczyźni i kobiety ze wszystkich krajów są zdolni do życia w pokoju i harmonii, ponad podziałami, polityką i i narodowością. Celem Auroville jest stworzenie ludzkiej jedności”. Zdjęcia „Matki” do dziś wiszą tu na każdym rogu, w każdym urzędzie, farmie i kajpie. Miasto zaprojektował w stylu modernistycznym architekt Roger Anger. “Matka” wskazała palcem na mapie stanu Tamil Nadu miejsce i jak się później okazało, dokładnie w tym miejscu stał banian, drzewo czczone w wielu religiach Azji jako święte. Banian i wybudowany obok Mantrimandir stał się centrum tej społeczności.

Ukończony w latach 70’ Matrimandir, stanął na terenie zwanym “Pokojem” przewidzianym dla 50 000 osób. Otaczają go rozrzucone luźno mieszkalne enklawy, pojedyncze domy oraz liczne budynki publiczne: pawilony wystawowe, szkoły, obiekty rady miasta i centrum informacji dla zwiedzających, których duża część została zlokalizowana spontanicznie wobec braku (do 2001r.) szczegółowego planu zagospodarowania. Poszczególne budynki i ich zespoły łączą polne drogi i ścieżki, przecinające pokrywający te tereny las. Ambitny projekt edukacyjny, przewidujący powstanie tutaj ośrodka akademickiego, jest stopniowo realizowany, a osada gości co roku dużą grupę ‘praktykantów’ i wolontariuszy z całego świata.

Na razie miasto zamieszkuje 2000 stałych mieszkańców z czego około 500 to Hindusi, a reszta obywatele 45 państw. Pierwsza myśl, która przychodzi do głowy, to taka, ze to pewnie komuna dzieci kwiatów, którzy nic nie robią, tylko bujają się na hamakach z jointem w ustach. Nic bardziej błędnego. Nie łatwo się tu dostać. Na forum internetowym przeczytałem, ze przyjeżdża tu mnóstwo matek z dziećmi, które uciekły od mężów i sadzą, że rozpoczną we wspólnocie nowe życie. Niestety, władze im dziękują, podobnie jak nieśmiałym poetom i innym artystom, a często takie zawody w formularzach wpisują przyjezdni licząc na schronienie. Tu każdy musi się wykazać pracą 6 dni w tygodniu. Ludzie zrzeszeni są we wspólnotach z których każda zajmuje się swoją działką. Na farmach produkuje się np. sery (20 proc. serów pleśniowych w Indiach), miody, energię słoneczną, zioła lecznicze, czyli ajurwedyczne lekarstwa. Jeszcze inni prowadzą stołówki, hotele, czy hodowle roślin. Po przejściu selekcji każdy może tu kupić dom, który po śmierci wraca w posiadanie miasta. Co miesiąc trzeba płacić podatki, średnio około 150 PLN. Nie ma tu miejsca dla leni, którzy nie mogą odnaleźć swojego miejsca w życiu – przyjamniej taki wizerunek sprzedają mieszkańcy i ich władze.
Matrimandir według słow “Matki” nie powinien być świątynią, jako, ze Auroville nie kultywuje żadnej religii. Ma być miejscem gdzie w ciszy człowiek może się skupić i usłyszeć wyraźnie własne myśli. W środku kuli w kolistym pomieszczeniu stoi 70 centymetrowy kryształ na który przez otwór w kopule spada z nieba strumień światła symbolizujący perfekcyjną boskość.

W otoczeniu “perfekcyjnej boskości” dane mi było przebywać długie 53 dni, bo tyle zajęło mojemu bankowi dosłanie (po kradzieży) karty do bankomatu.

Moja rada: Auroville mogę śmiało polecić tym, którzy już Indie trochę poznali i szukają czegoś nowego. Poza tym, tuż obok znajduje się Pondicherry, była francuska kolonia, gdzie do dziś panie chodzą w spodniach, noszą krótkie, nieindyjskie fryzury i śmigają na rowerach.

Andrzej Meller

Andrzej Meller

Dziennikarz, reportażysta, podróżnik. Współpracował z "Tygodnikiem Powszechnym" jako korespondent wojenny w Afganistanie, Gruzji, na Sri Lance oraz w Libii. Autor książek Miraż. Trzy lata w Azji, Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie oraz Zenga Zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki. Pracuje nad kolejnymi książkami o Azji.

!
Ta strona używa plików cookies.