Loading

W roli przewodnika: Andrzej Meller, pogromca krokodyli

Zainspiruj się i przeczytaj o podróży swoich marzeń na blogu

W roli przewodnika: Andrzej Meller, pogromca krokodyli

Jest początek listopada. Pora deszczowa się skończyła, więć możemy spokojnie polecieć do Wietnamu. Na lotnisku w Hanoi nie bucha w nas ściana pary jakby to mogło zdarzyć się w Sajgonie, a jedynie drobniutki pan Dinh uśmiecha się do nas nieśmiMeller 2ało trzymając tekturkę z napisem “Witamy grupę pana Mellera”.

-Czy pan jest liderem grupy? – pyta pan Dinh.

-Chyba tak – myślę i odpowiadam – tak!

Czy mam być I sekretarzem wycieczki, takim dobrotliwym wujkiem Ho? Czy raczej srogim generałem Giapem, który pokonał Francuzów i Amerykanów? Wolałbym nie trzymać grupy za twarz jak komuniści swój kraj. Wiem, że jest tu tyle bodźców, że każdy będzie i tak ciągnął w swoją stronę, wsadzał nos do kolejnego sklepu i wywijał pałeczkami wtedy, kiedy go najdzie ochota na “pho”, czy inne smakołyki. Ba, tu niekiedy ciężko znaleźć miejsce w knajpie na 15 osób, a tyle nas jest! Mam jedno zadanie: pokazać Wietnam na podstawie swojej książki “Czołem, nie ma hien” i tego się trzymam.

Powoli się docieramy i po paru dniach jesteśmy sprawni prawie jak aktorzy w Meller 1tradycyjnym wietnamskim teatrze kukiełkowym na wodzie, który odwiedzamy nad romantycznym jeziorem Hoan Kiem w Hanoi. Przez pierwsze dwa dni wyglądamy jak grupa anonimowych bolimików, która zerwała się z terapii odwykowej. Choć ciągle syci, jednak jakoś nienasyceni żremy non stop, no bo jak tu się powstrzymać przed sałatką z kwiatów bananowca z suszoną rybą, czy zwykłym makaronem z krewetką, która w zasadzie mruga do nas dając do zrozumienia “weź mnie natychmiast!”. Jedzenie robi na grupie olśniewające wrażenie. Widać jedynie powiększone oczy jak pięć złotych i pracujące żuchwy chłodzone browarem saigon green lub sokiem z aromatycznego mango.

Po pierwszym oszołomieniu jedzeniem, idealną pogodą (24C i słońce. Gdy jesteśmy na północy leje na południu i na odwrót. Mamy farta do pogody), zapachami, tłokiem i Meller 6gigantycznym ruchem drogowym, ruszamy do cichutkiej i spokojnej jak na Wietnam Zatoki Ha Long. Ta przyrodnicza wizytówka Wietnamu to fantastyczny strzał jak na początek wyprawy. Zupełny relaks w świetnych warunkach. Wspaniałe jedzenie ze szwedzkiego stołu, nowoczesne kajuty z przestronnymi oknami, no i ten widok z leżaka na górnym pokładzie bielutkiej dżonki. Wyrażenie, że widok zapiera dech w piersiach jest tu raczej na miejscu.

Nie będę się zabawiał w Jana Długosza naszej wycieczki (w końcu jestem miksem Ho i Giapa), więć zamiast skrupulatnej kroniki wydarzeń pozwolę sobie zastanowić się na głos co z Wietnamu zapamięta moja grupa: czy właśnie porośnięte dżunglą skały Ha Long, tai chi o 6 rano na górnym pokładzie, czy może kolorowe abażury z portu Hoi An z których jeden świeci mi nad głową, gdy piszę te słowa. A może wycieczkę rowerową na China Beach, gdy jako “lider” co chwilę odwracam łeb do tyłu, by sprawdzić jak sobie radzą moi podopieczni na wiejskich zakrętasach wśród rybaków mknących na motorkach? Dalat i “Szalony Dom” coś nie przypadają grupie do gustu, ale nie uwierzę, że nie zapamiętają godnie wieczornej wyżerki u obwieszonej złociszczem “królowej rynku Dalat”, czy pełnych wody po monsunie wodospadów pod miastem. Mui Ne, które powitało nas ananasowym bimbrem u Wasilija w restauracji “Ogni Moskwy” nawet najwięksi sceptycy grupy nazwali “rajem”, plażując z kokosem w dłoni na brzegu morza południowo-chińskiego. Bo Ke, czyli wspaniałe knajpy z owocami morza, czy grill u Walery podlany żmijówką też dodały nieco kolorytu.

Meller 10

Sajgon to Sajgon i taki miał być, choć dla wielu zwłaszcza francuska dzielnica to pozytywne zaskoczenie. Nabożeństwo w Wielkiej Świątyni Kaodaizmu, czy seria z karabinu M 60 w tunelach Cu Chi też musiały zrobić wrażenie. Podobnie jak szwędanie się po Delcie Mekongu, karmienie krokodyli i lekcja gotowania w miejscowej agroturystyce.

No coż, wyjazd minął jak z bicza strzelił, ale już po paru dniach od powrotu niektórzy uczestnicy wietnamskiej eskapady piszą mi na fejsbuniu, że segregują zdjęcia, że wspomnień masa, a nawet śmiało pytają: “gdzie pojedziemy teraz?”.

 

Andrzej Meller

Andrzej Meller

Dziennikarz, reportażysta, podróżnik. Współpracował z "Tygodnikiem Powszechnym" jako korespondent wojenny w Afganistanie, Gruzji, na Sri Lance oraz w Libii. Autor książek Miraż. Trzy lata w Azji i Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie. Pracuje nad kolejnymi książkami o Azji.

!
Ta strona używa plików cookies.