Loading

Andrzej Meller – 10 najciekawszych miejsc w Wietnamie!

Zainspiruj się i przeczytaj o podróży swoich marzeń na blogu

Andrzej Meller – 10 najciekawszych miejsc w Wietnamie!

1) SAJGON

Sajgon pulsujący do utraty tchu zobaczyć trzeba. Chociażby rzucić okiem na te 10 milionów mieszkańców z ich 7 milionami skuterów. Warto na pewno skoczyć wieczorem na pląsy oraz fantastyczny street food na sławne Pham Ngu Lao w Dystrykcie 1. Będziemy wtedy mogli skonfrontować nasze wyrażenie “Ale Sajgon” z rzeczywistością. Bądźmy jednak ostrożni. Mnie w tej okolicy złamano nos stalowym prętem, po krótkim i nierównym boju z oprychami, których celem był mój portfel. Poza tym licho nie śpi i sporo tu kieszonkowców, dilerów, “cheap cheap bum bum” i innych przedstawicieli piekieł.

Jako wstęp do XX historii kraju posłużyć może wizyta w Muzeum Pozostałości Wojny, ale i spacer po “Paryżu Orientu”, czyli centrum Sajgonu, dziś zwanego Miastem Ho Chi Minha. Tu, w kolonialnej dzielnicy rządowej znajdziemy i Pocztę Główną zaprojektowaną przez Gustawa Eiffla i Katedrę Notre Dame i Hotel Rex, gdzie podczas wojny wietnamskiej odbywały się wyssane z palca konferencje prasowe US Army i budynek Miejskiego Komitetu Ludowego (czyli ratusz, który kiedyś był hotelem de ville) oraz operę i Pałac Zjednoczenia. To jego bramę staranował t-55 30 kwietnia 1975 kończąc Wojnę Wietnamską i oddając miasto na łup komunizmowi. Niedaleko, bo też w centrum miasta wyrasta najwyższy wieżowiec Sajgonu, a do niedawna Wietnamu-Bitexco Financial Tower. Warto wjechać na 68 piętro i z prawie 260 metrów spojrzeć na ten tygiel. Tuż obok podnóża tego drapacza chmur odnajdziemy bez problemu małą japońską dzielnicę, która słynie oczywiście z sushi i… domów publicznych przed którymi stoją dziewczyny przebrane za japońskie pensjonariuszki. Nie zapomnijcie odwiedzić także Pagody Nefrytowego Cesarza, a ja wstąpił bym także do Muzeum Sztuk Pięknych. Na koniec musowo zahaczyłbym o rynek Binh Tay lub nawet skoczył na targ do chińskiej dzielnicy Cholon!

Jakby ktoś znalazł się w stolicy południa tuż po sezonie, to jest w kwietniu, to śmiało namawiam na defiladę 30 kwietnia. To jedna z ważniejszych dat we współczesnej historii Wietnamu – rocznica zjednoczenia kraju, bądź upadku Sajgonu jak chcą inni.

W Wietnamie na motorach przewozi się krokodyle, prosiaki, palmy, rodziny i śruby okrętowe.

W Wietnamie do dziś spotykamy ofiary amerykańskich defoliantów.

2) TUNELE CU CHI

Cu Chi mimo, że jest imitacją prawdziwych tuneli z wojen indochińskich, zobaczyć trzeba. Łatwiej nam będzie pojąć ducha tego narodu – jego wojowniczość, pracowitość i solidarność. W czasie wojen indochińskich, a zwłaszcza tej przeciw USA, miejscowi wieśniacy i partyzanci Wietkongu wykopali prawie 300 kilometrów podziemnych tuneli na paru podziemnych poziomach, aż do 33 metrów wgłąb. To do nich przeniosło się życie bombardowanego dystryktu Cu Chi. Tędy wędrowali kurierzy z rozkazami, amunicja i partyzanci, to stąd atakowano Amerykanów i to tu także toczyło się normalne, choć skryte pod ziemią życie. W tunelach były i świetlice, gdzie występowały trupy teatralne i pokazywano kroniki filmowe i sale porodowe, sztaby dowodzenia oraz szpitale i fabryki broni. Amerykanie mieli problem z tunelami. Stworzyli oddziały tzw. szczurów tunelowych do walk pod ziemią z niewielkimi Wietnamczykami, a potem dywanowo zbombardowali dystrykt i w końcu zawalili podziemną sieć.

Dziś można zwiedzać, a w zasadzie przeczołgać się po 120 metrów odbudowanych tuneli. Poza tym zwiedza się także okolicę, gdzie byli partyzanci Wietkongu demonstrują różne rodzaje stosowanych pod ziemią pułapek, wraki czołgu, aż w końcu prowadzą na strzelnicę, gdzie można strzelać ze wszystkich rodzajów broni używanych w konflikcie indochińskim.

Tunele Cu Chi to dziś mekka wietnamskiej młodzieży.

Autor w tunelach Vinh Moc w środkowym Wietnamie.

Po drodze do Cu Chi warto zahaczyć o Tay Ninh prawie na granicy z Kambodżą. Tu mieści się Wielka Katedra Boskiego Oka religii Cao Dai. To unikalne miejsce, serce Kaodaizmu, czyli największego wyznania, które powstało rdzennie w Wietnamie. Religia ta ma charakter synkretyczny łącząc elementy buddyzmu, chrześcijaństwa, konfucjanizmu, taoizmu, świeckiej filozofii, a w mniejszym stopniu również islamu i judaizmu. Wyznawcy uważają kaodaizm za zwieńczenie tradycji zachodnich religii objawionych (monoteistycznych) twierdząc, że: “judaizm był pąkiem, chrześcijaństwo – kwiatem, zaś kaodaizm jest owocem”. Pięć razy dziennie w katedrze odbywają się wspaniałe nabożeństwa, na które warto trafić.

3) DELTA MEKONGU

Delta Mekongu bywa nazywana spichlerzem Wietnamu. To tu uprawia się warzywa, owoce, a także hoduje owoce morza, które potem są sprzedawane na targach całego kraju. Sam Mekong, najdłuższą rzekę w Indochinach Wietnamczycy nazywają “rzeką dziewięciu smoków”. Coś w tym jest. Gdy patrzy się na deltę z okien samolotu, to pod nami wiją się setki rzek, rzeczek, kanałów, strumyków, słowem – mamy pod sobą wodny labirynt. I takie też jest podróżowanie po tym regionie. Ja czasami gubiłem się w rachubach na tyle, że już nie wiedziałem, czy jestem na wyspie, czy na lądzie stałym, bo co chwilę wjeżdżałem motorem na jakiś prom, a potem jechałem parę kilometrów drogą…

W delcie najlepiej zatrzymać się w jakiejś agroturystyce. Ta ostatnia rozwinęła się w ostatnim czasie fantastycznie. Potem warto poobserwować życie na wodzie. Drogi w Wietnamie to wynalazek ostatnich stu lat, podobnie jak kolej. Wcześniej życie i handel, w dużej mierze toczyły się na rzekach. Tak w dużej mierze do dziś funkcjonuje Mekong, więc warto o świcie podpłynąć na jakiś “pływający rynek”, których tu sporo.

Przy okazji, gdy uruchomimy oczy wyobraźni, to uda nam się w tym regionie lepiej poczuć niektóre sceny z filmów wojennych o wojnie wietnamskiej, w których aż roi się od patrolowych kutrów, szuwarów i Wietkongu oddychającego pod wodą przez trzcinki. Mekong? Koniecznie!

Po licznych dopływach Mekongu najłatwiej przemieszczać się promami.

4) CON DAO

Con Dao to wyspy oddalone od południowego wybrzeża Wietnamu o 240 mil morskich. Można tu się dostać bądź samolotem z Sajgonu, bądź statkiem z portu Vung Tau. Dziś na wyspach jest rezerwat żółwi i powoli rozwija się tu turystyka, choć nadal tu bardzo spokojnie. Jednak ten dzisiejszy raj przez prawie sto lat był piekłem na ziemi. To tu kolonialne władze francuskie stworzyły system obozów dla występujących przeciw nim Wietnamczyków. Warunki były tu koszmarne i do dziś wietnamskie dzieci w szkołach uczą się o tzw. “klatkach tygrysich”, czyli miniaturowych klatkach, w których trzymano więźniów. Po Francuzach, łagry przejął rząd południa, który zsyłał tu jeńców wojennych, a po upadku Sajgonu w 1975 roku komuniści urządzili tu wrogom narodu piekło. Obozy funkcjonowały do 1991 roku i dziś można je zwiedzać.

Jak wspomniałem wcześniej – dziś wyspa to cicha, rajska przystań, być może nawet jeszcze nie do końca doceniana przez turystów. Tym bardziej warto się śpieszyć by tu dotrzeć.

Samolot ląduje na Con Dao.

Na targu w Con Dao suszą się kalmary.

Młody żołnierz z garnizonu na wyspie Con Dao.

5) MUI NE

Mieszkałem tu z żoną aż trzy długie lata. No i cóż. Teraz tęsknię. To świetne, może najlepsze miejsce w Wietnamie na chill out. Bo to z jednej strony kurort, a z drugiej rybacka wioska, czyli w sumie taki wiejski kurorcik. Nie ma tu takich tłumów jak w Nha Trang, a plaża ciągnie się kilometrami.

Jeszcze w połowie lat 90. XX wieku Mui Ne, położone nad Morzem Południowochińskim, było zwyczajną rybacką osadą. Czyli: jedna piaszczysta droga pośrodku wsi, a nad nią malowniczy okap z uginających się palm kokosowych – rośliny określanej w kilku azjatyckich językach jako „drzewo, które zaspokaja wszystkie potrzeby życia”. Wietnam był wtedy zamknięty na turystów. Ale około 15 lat temu to się zmieniło – i do osady zaczęli zaglądać miłośnicy sportów wodnych. Miejsce to miało (i ma) bowiem jedną wielką zaletę: mikroklimat, który sprawia, że wieje tu przez okrągły rok, a monsun nie jest tak dokuczliwy jak w innych rejonach Wietnamu. Mui Ne zaczęło się więc szybko zaludniać surferami z całego globu, a na pustych dotąd plażach jak grzyby po deszczu wyrastały hotele, pensjonaty, restauracje, bary i szkoły kitesurfingu. Niewielka zatoka zaroiła się od żagli i latawców, a sława ciepłego i wietrznego miejsca obiegła świat surferów – i dotarła nawet do mroźnych krain północy.

I stało się tak, że właśnie przybysze z tych krain w ostatnich latach opanowali kurort. A rosyjski stał się drugim po wietnamskim językiem używanym powszechnie na miejscu. Dziś napisy „obmien waljut”, „samogon” czy „chotite pakuszat’ zmiejku?” nie dziwią już nikogo – poza turystami z Zachodu, którzy przecierają oczy ze zdumienia, a na swoich blogach piszą potem o „rosyjskiej inwazji” na Wietnam.

Poza plażingiem i sportami wodnymi, okolica ma do zaoferowania jeszcze ine atrakcje. Stąd można robić wycieczki do: błot leczniczych w Binh Chau, do śpiącego buddy na górze Ta Cu, do Białych i Czerwonych Wydm, do rybackiego (potentat w produkcji sosu rybnego) miasta Phan Thiet, do latarni morskiej w Ke Ga. Odpoczywając tu nie zapomnijcie o knajpach z owocami morza “Bo Ke” i o restauracjach z wietnamskim grillem, gdzie sami smażycie sobie mięso krokodyla, strusia, czy też po prostu kalmara. Polecam także prowadzony przez Rosjan “Dom Jogi” na wydmach z których widać całą okolicę.

Plaża w Mui Ne z lotu drona.

Willa Lang Cat w Mui Ne – jedyny dom na samej plaży.

Widok z latarni morskiej w Ke Ga.

Góra Ta Cu i 49 metrowy posąg śpiącego Buddy.

6) DA LAT

Jadąc z Mui Ne stromo pod górę, dotrzemy do górskiego uzdrowiska Da Lat. Tak opisałem miasto w notatkach do książki “Czołem, nie ma hien”:(…) “Nie dziw, że Francuzi z Sajgonu właśnie w tej chłodnawej jak na Indochiny krainie postanowili zbudować letnisko. Da Lat był i nadal pozostaje dla Sajgonu tym, czy Sapa dla Hanoi – górskim uzdrowiskiem zbudowanym w europejskim stylu. Średnia temperatura waha się tu pomiędzy 15, a 24 stopniami Celsjusza.  W 1893 roku na tereny zamieszkałe przez górskie plemiona zawitał francuski bakteriolog pochodzenia szwajcarskiego Aleksander Yersin. Trzydziestolatek był protegowanym, bliskim współpracownikiem Ludwika Pasteura. W Sajgonie i Nha Trang otworzył nawet Instytuty sławnego chemika i mikrobiologa. Sam przeszedł do światowej historii jako odkrywca przełomowej szczepionki na dżumę. Jednak dla regionu pozostaje przede wszystkim odkrywcą Da Lat. Młody badacz był na tyle przekonywujący, że namówił francuskiego generała-gubernatora Paul’a Doumer’a, by na Płaskowyżu Centralnym wybudować uzdrowisko. Pod koniec stulecia do dzisiejszego Da Lat dociągnięto drogę, a w 1907 roku powstał pierwszy hotel. Na czele zespołu planowania miasta stanął popularny wówczas w Europie i Indochinach francuski architekt i archeolog Ernest Hébrard. W kotlinie zaczęły powstawać bulwary, prywatne wille i pensjonaty, pola golfowe, uzdrowiska, szpitale, szkoły, zadbane parki i zwykłe osiedla, ale zrezygnowano tu z przemysłu na rzecz plantacji warzyw, winorośli, herbaty i kawy. Da Lat w całej Azji słynął ze świetnych szkół prowadzonych przez francuskich księży, zakonnice i ekspatów, którzy prowadzili je aż do 1969 roku. W czasach kolonialnych Francuzi stanowili dwadzieścia procent mieszkańców czego świadectwem do dziś pozostaje około 2500 domów w stylu chateau. W mieście miała siedzibę Wietnamska Akademia Wojskowa oraz Szkoła Lotnicza przy lotnisku Cam Ly. W czasie Wojny Wietnamskiej miasto w zasadzie nie ucierpiało. Było areną walk jedynie przez nieco ponad tydzień podczas ofensywy Tet, kiedy partyzanci Vietcongu nagle na południu kraju zaatakowali jednostki armii Wietnamu Południowego i Amerykanów.

Dziś Da Lat to dwustu tysięczne miasto. Z jednej strony nadal nosi francuski wizerunek. Niedaleko kopii wieży Eiffle’a stoi spłowiała, różowa Katedra pod wezwaniem św. Mikołaja wzniesiona tuż przed upadkiem francuskich Indochin. Część Dalatczyków przyjęła od Francuzów katolicyzm, inni protestantyzm od misjonarzy amerykańskich. Po przeciwnej stronie sztucznego Jeziora Xuan Huong znajdziemy dworzec kolejowy w stylu art déco z 1938 roku wzorowany na stacji z francuskiego Deauville w Normandii. Kolej, której budowę rozpoczęto już w 1903 roku łączyła niegdyś 84 kilometrowy odcinek z Thap Cham  w nadmorskiej prowincji Ninh Thuan. Jednak została zaminowana i wysadzona przez Vietcong w 1968 roku i porzucona. Jej infrastruktura posłużyła po wojnie do odbudowy połączenia kolejowego pomiędzy zjednoczoną Północą, a Południem kraju. W latach 90 tych odbudowano siedmiu kilometrowy odcinek łączący stolicę prowincji z wsią Trai Mat i znów służy turystom, tym razem jako ruchoma platforma widokowa.

Do tych pomników francuskiej myśli technicznej i architektury dodajmy tysiące kolonialnych willi i atmosferę miasta, która przejawia się między innymi w kawiarnianym, ulicznym życiu. W centrum miasta na stromych uliczkach schodzących w dół z okolic rynku, w dziesiątkach kawiarenek i restauracyjek tętni życie, które przypomina południe Europy. Nie jestem dziennikarzem modowym, ale dostrzegam ewidentną różnicę w kulturze ubierania pomiędzy Sajgonem, a Małym Paryżem. Moda Dalatczyków ma w sobie coś ze stylu francuskiego. Duży wpływ na to wywiera z pewnością łagodny klimat. W kawiarniach młodzi Wietnamczycy w marynarkach otuleni jedwabnymi szaliczkami popijają z kieliszków produkowane tu wino Da Lat i obserwują dziewczyny przechadzające się po uliczkach w lekkich płóciennych trenczach. Dalacka bohema, która wystawia swoje prace w licznych galeriach i wprost na ulicach, paraduje w beretach jak artyści z Le Marais nad Sekwaną. A jak któremuś się poszczęściło i ma odrobinę zarostu, to potrafi i wąsy zapuścić, by jeszcze bardziej przypominać francuskiego mistrza pędzla. (…)”

(…) „Sztandarowym miejscem Da Lat, w zasadzie wizytówką Małego Paryża jest Szalony Dom Hang Nga. To szpetne, a zarazem ciekawe miejsce jest dla miasta takim znakiem rozpoznawczym jak dla Warszawy Pałac Kultury.

(…) „Jego struktura przypomina gigantyczne drzewo banianu. Powykręcane baśniowe kondygnacje domu, to się uginają, to wystrzeliwują ku niebu podkreślając ekspresjonizm tego koszmarnie kiczowatego, ale jednak pomnika architektury. Części domu połączone są mostkami, które łączą elementy przypominające monstrualne grzyby, skalne jaskinie, dzikie zwierzęta i pajęczyny o rozpiętości rybackich sieci. Można tu nocować, bo Szalony Dom jest także hotelem. Wystrój każdego z dziesięciu pokojów jest poświęcony tematycznie jednemu zwierzęciu: orłu, tygrysowi, czy kangurowi. Przykładowo w pokoju kangura znajduje się płaskorzeźba zwierzęcia, a w jego torbie kominek. Żeby było romantycznie oczywiście – jak to w Da Lat.” I jeszcze na koniec: pamiętajcie, że Da Lat, to także uprawy kawy luwak – nie wiem, czy najlepszej, ale najdroższej kawy na świecie!

Szalony Dom to najbardziej znany budynek w Dalat.

Nowy Rok, czyli Tet w Phan Rang. Smok to symbol pomyślności.

7) HOI AN

(..) Hoi An, kiedyś nazywane Hoi An Phu, a przez Francuzów Faifo – oznacza po wietnamsku „miasto bezpiecznego lądowania”. Powstało jeszcze w starożytności i było jednym z ośrodków państwowości Czamów, o których w następnym rozdziale. W czasach nowożytnych, aż do podboju Wietnamu przez Francuzów, Hoi An był głównym portem i ośrodkiem handlu na Morzu Południowo – Chińskim. Później jego rolę przejął położony 30 kilometrów na północ Da Nang. Od XVI wieku mieli tu swoje przedstawicielstwa handlowe i faktorie Portugalczycy, Anglicy, Holendrzy i przede wszystkim Chińczycy. Cumowali tu również kupcy arabscy, Persowie, Hindusi, Filipińczycy, Indonezyjczycy, Amerykanie, a także Japończycy, którzy w końcu XVI wieku zbudowali nad niewielkim dopływem Thu Bon najbardziej rozpoznawalną budowlę miasta –  Chua Cau  – jedyny na świecie kryty (szarą dachówką) most z buddyjską świątynią w środku”.

Kupcy z całego świata przybywali tu po skarby orientu: wysokiej jakości jedwab z którego słynie okolica, tkaniny, papier, porcelanę, herbatę, cukier, melasę, orzechy arachidowe, pieprz, chińskie lekarstwa, kość słoniową, wosk pszczeli, macicę perłową, lakier, siarkę i ołów. Rozkwit miasta został zahamowany nagle w czasie Powstania Taysonów, masowego buntu anty mandaryńskiego w latach 1771-1802. Chłopski bunt skierowany przeciw władającym klanom Nguyen na południu i Trịnhów na północy oraz cudzoziemcom, zwłaszcza chińskim kupcom, spowodował, że port przestał odgrywać znaczącą rolę i zwyczajnie podupadł. Niektórzy historycy uważają, że główny wpływ na to miało zamulenie ujścia rzeki, przez co duże statki handlowe nie mogły dłużej wpływać do portu. Rezultatem obu procesów stało się to, że Hoi An zatrzymał się w rozwoju i pozostał niemal nietknięty przez zmiany zachodzące w Wietnamie i na świecie w ciągu następnych dwustu lat. Miasto szczęśliwie ominęły także wojny indochińskie. Niszczony jednak notorycznie przez coroczne tajfuny, zalewany w czasie monsunów przez występującą z brzegów rzekę Thu Bon i nie odnawiany, Hoi An popadł w ruinę do tego stopnia, że komunistyczne władze prowincji rozważały w latach 90 – tych XX wieku decyzję, aby wyburzyć zabytkową starówkę, a na jej miejsce postawić bloki mieszkalne dla ludu pracującego.

Na szczęście jednak nie doszło do realizacji tego destrukcyjnego planu. Od fatalnego pomysłu odwiódł aparatczyków nasz rodak, którego popiersie stoi dziś w samym sercu hojańskiej starówki – Kazimierz Kwiatkowski, zwany tu powszechnie Kazikiem. Ten urodzony w 1944 roku w Lublinie architekt i konserwator, choć w Polsce prawie nie znany, tutaj jest bohaterem i mężem opatrznościowym. Tuż przed wprowadzeniem w Polsce Stanu Wojennego pojechał na drugi koniec świata, by w zniszczonym wojną kraju III Świata, prowadzić prace konserwatorskie.

Hoi An to także kilkaset zakładów krawieckich w których w ciągu 24 godzin można uszyć dosłownie wszystko, od smokingu po jesienny trencz. Dla wielu turystów, to główny cel przyjazdu do miasta.

Most Japoński w Hoi An z końca XVII w.

Ruiny My Son, które wskrzesił Kazimierz Kwiatkowski.

8) SAPA

Sto lat temu, kiedy bardzo powoli wprowadzano do użytku wentylatory, a klimatyzacji zwyczajnie jeszcze nie było, europejscy kolonizatorzy, w przypadku Wietnamu – Francuzi, wpadli na pomysł, żeby szukać do odpoczynku chłodniejszych miejsc w górach. Zarządcy z Hanoi postanowili spędzać wakacje w górskim miasteczku Sa Pa, oddalonym od stolicy o 380 km i leżącym na wysokości 1500 m.n.p.m. Tamtejszy krajobraz i klimat mógł im przypominać rodzime Alpy. Na początku XX wieku zaczęły tam powstawać pierwsze wojskowe sanatoria i domy wypoczynkowe. W latach 30 -tych Sa Pa zaczęła rozkwitać. Przyjechali wojskowi, misjonarze, urzędnicy i zarządcy rolni. Zbudowano około 200 ośrodków wypoczynkowych w stylu europejskim oraz kościół katolicki. Jednak już niedługo, bo po zakończeniu II Wojny Światowej, w regionie wybuchła I Wojna Indochińska. W górach ukrywali się żołnierze Wietminhu Ho Chi Minha, prowadzili stąd działania partyzanckie i Francuzom przychodziło z nimi walczyć, a nierzadko także bombardować Sa Pa i własne sanatoria z powietrza. Parę lat później, bo w 1954 r. niedaleko stąd, pod Dien Bien Phu, Francuzi przegrali bitwę i wojnę o Indochiny, a Sa Pa znowu stała się zapomnianą, senną, górską wioską. Turyści wrócili tu dopiero w latach 90 – tych, gdy poturbowany wojnami i okrążony pierścieniem sankcji Wietnam zaczął otwierać się na świat. Rozpoczął się turystyczny boom. Miejscowa ludność – Hmongowie zaczęła zabierać przybyszy ze świata na noclegi do swoich wiejskich chatynek oraz na górskie wędrówki. Do domów przybyszy powędrowały za to plecione przez miejscowe kobiety stroje i ozdoby. Dziś Sa Pa oraz górscy Hmongowie, oprócz tak kojarzonych z Wietnamem plaż należą do głównym atrakcji kraju. W końcu 80 procent Wietnamu to góry zamieszkałe prze 54 egzotyczne plemiona. Będąc w okolicy miejcie z tyłu głowy, że w każdą środę we miasteczku Bac Ha otwiera się ogromny i wspaniały hmongski targ, gdzie koniecznie trzeba się udać!

Okolice Dien Bien Phu. Tu Wietnamczycy pokonali Francuzów.

Autor tekstu z eskortą żeńską na rynku w Bac Ha.

U Hmongów często nastoletnie, niepełnoletnie dziewczęta są już matkami.

Starsza Hmongini zasępiona na rynku w Bac Ha.

9) HA LONG

Według legendy Zatoka powstała, kiedy olbrzymi smok zanurzył się w Zatoce Tonkińskiej i uderzając ogonem stworzył 2000 prawie pionowych skał wystających teraz znad powierzchni wody. Hạ Long oznacza “zstępującego smoka”. Wietnamczycy powinni być mu wdzięczni – swoim ogonem stworzył bajeczną wizytówkę kraju kojarzoną z Wietnamem na całym świecie. Powinni także być wdzięczni Catherine Deneuve, która rozsławiła zatokę filmem „Indochiny”.

Dziś chyba każdy na świecie kojarzy obrazki z zatoki: tysiące wapiennych słupów wyrastających z morza, piękne dżonki z niekiedy postawionym żaglem i majestatyczne jaskinie. Ha Long jest absolutnie obowiązkowy, ale z góry muszę uprzedzić: ciężko tu trafić na dobrą pogodę. Latem leje niekiedy bez przerwy i wtedy władze zamykają zatokę dla ruchu. Zimą może być tu chłodno. Z Ha Longiem po prostu trzeba mieć farta, ale jak już się go trafi, to nigdy nie zapomnimy o romantycznym rejsie. A rejs to także zawsze przepyszne jedzenie, aktywny odpoczynek, zwiedzanie hodowli ryb, pereł i jaskiń.

Zatoce Ha Long, trzeba mieć szczęście by trafić na taką pogodę.

Pływająca wyspa hodowców ryb w Zatoce Ha Long.

Stara dżonka w Zatoce. Dziś wszystkie łodzie są pomalowane na biało.

10) HANOI

Lubię Hanoi, choć długo nie doceniałem wietnamskiej stolicy. Dopiero za którymś przyjazdem zdałem sobie sprawę, że jest tu jakoś tak kulturalnie, czysto, ciekawie i porządnie. Tu można się poczuć bardziej jak w Europie, jeśli porównamy Hanoi z Sajgonem. Prawie tysiącletnia starówka, zwana dzielnicą 36 ulic, jest zamknięta dla ruchu i zwyczajnie można po niej spacerować, co w przeludnionym i ruchliwym Wietnamie wcale nie jest takie częste i oczywiste. Tak samo nieuciążliwie można okrążać na piechotę jezioro Zwróconego Miecza (Hoan Kiem), czy dreptać wokół Katedry św. Józefa zaglądając do knajpek z fantastycznym jedzeniem. Właśnie! Hanoi to także niebywałe jedzenie uliczne!

To także kawał historii Wietnamu: Mauzoleum Ho Chi Minha, Muzeum Armii, Świątynia Literatury, czyli najstarszy wietnamski uniwersytet, Muzeum Wietnamskich Kobiet, a także moje ulubione Muzeum Etnograficzne, dzięki któremu mozaika wietnamskich plemion jakoś ułoży nam się w głowie. Nie zapomnijmy o sławnym „Hanoi Hilton”, czyli więzieniu Hoa Lo, gdzie komuniści przetrzymywali w czasie wojny głównie amerykańskich pilotów.

Kultowym miejscem w Hanoi, tuż obok Starej Dzielnicy jest Thang Long, Miejski Teatr Lalek na Wodzie. Tak opisałem to miejsce w notatkach do książki: „Uważa się, że Mua roi nuoc, czyli tradycja wystawiania przedstawień na wodzie powstała w delcie Rzeki Czerwonej prawie tysiąc lat temu. To jedna z najbardziej oryginalnych form wyrazu kultury wietnamskiej, znana w całym kraju. Niegdyś przedstawienia odbywały się we wsiach, najczęściej w czasie monsunu na zalanych polach ryżowych, na rzekach, stawach i jeziorach. Współcześnie dość rzadko wykorzystuje się naturalne lustro wody. Aktorzy grają w specjalnych zbiornikach wodnych wybudowanych w teatrach. Lalkarze stoją za zasłoną po pas w wodzie obuci w wysokie kalosze rybackie i animują drewnianymi kukiełkami przy dźwiękach tradycyjnej orkiestry. Lalkarzom oprócz bębnów i instrumentów szarpanych, podczas spektaklu towarzyszy także śpiew, który dochodząc niekiedy do crescendo potęguje emocje widzów. Pobudzeniu wrażeń służą także efekty specjalne: ziejące ogniem smoki, fajerwerki, kolorowe dymy i bezustannie zmieniające się oświetlenie sceny.

Fabuły są wciąż osadzone w dawnej kulturze ludowej. Tradycyjnie bohaterowie dzielą się na dobrych i złych: dzielnych wojowników, skorumpowanych posiadaczy ziemskich i bogatych, zepsutych mandarynów oraz okrutnych władców. Innymi słowy są, to tematy, którymi Wietnam żyje po dziś dzień, jedynie scenografia i tytuły się nieco zmieniły. Lalkarze najczęściej pokazują sceny z życia wsi, w których występują rybacy, pasterze wypasający bawoły przy wtórze fletu, rolnik pykający fajeczkę, bądź zakochana para. Na tafli wody pojawiają się także tańce lwów, jednorożców, smoków, feniksów i innych mitycznych zwierząt. Ulubionym motywem jest podobno legenda o zwróconym mieczu i cesarzu Le Loi – ta sama o której pisałem w odniesieniu do Jeziora Hoan Kiem.

W każdym przedstawieniu bierze udział ponad sto lalek. Lalki rzeźbione są z wodoodpornego drewna figowca pomalowanego na jaskrawe kolory. Taka lalka waży do pięciu do piętnastu kilogramów. Grupy lalek, poruszanych synchronicznie mogą ważyć do stu kilogramów. Lalkarze animują nimi za pomocą skomplikowanego systemu tyczek, rolek i sznurów. Żeby wystawić spektakl potrzeba wielu aktorów, którzy podobno trenują latami skomplikowane ruchy swoich alter ego.”

Niektórzy, zwłaszcza Wietnamczycy z południa twierdzą, że tu w Hanoi jest „sztywno”, że ludzie się tu nie uśmiechają, bo komunizm panuje tu dłużej niż w Sajgonie. Może to i sprawa ustroju, ale pewnie i chłodniejszy klimat północy robi swoje. Ja choć przez trzy lata mieszkałem na południu, to pod koniec pobytu polubiłem i Hanoi i w ogóle północ.

Obwoźny handel owocami w Hanoi.

Pod Katedrą św. Józefa w Hanoi.

Andrzej Meller

Andrzej Meller

Dziennikarz, reportażysta, podróżnik. Współpracował z "Tygodnikiem Powszechnym" jako korespondent wojenny w Afganistanie, Gruzji, na Sri Lance oraz w Libii. Autor książek Miraż. Trzy lata w Azji, Czołem, nie ma hien. Wietnam, jakiego nie znacie oraz Zenga Zenga, czyli jak szczury zjadły króla Afryki. Pracuje nad kolejnymi książkami o Azji.

!
Ta strona używa plików cookies.